Ulver – Wars of the Roses (2011)

Posted in Muzyka tagi , , , on Styczeń 21, 2012 by Kryniu

Ulver – Wars of the Roses

Wilki powróciły po prawie czterech latach milczenia i nieobecności na rynku wydawniczym. Być może tak długa przerwa między kolejnymi studyjnymi wydawnictwami była spowodowana wznowieniem w międzyczasie, po ponad dekadzie przerwy, działalności koncertowej, ale to nie czas na snucie takich przypuszczeń, więc do rzeczy.

Wydanie nowej, ósmej w dorobku Norwegów płyty (nie licząc epek i ścieżek dźwiękowych do filmów „Lyckantropen” oraz „Svidd neger”) poprzedził singiel „February MMX” który nieśmiało sugerował sympatykom zespołu, by ci przygotowali się na kolejną zmianę muzycznej stylistyki, w obrębie której tworzą ich ulubieńcy. Akurat w tym przypadku byłbym bardziej zdziwiony jej brakiem, więc to, że panowie skręcili z mrocznej, ascetycznej, wysublimowanej elektroniki w kierunku czegoś, co można by nazwać rockiem, przyjąłem za coś oczywistego, naturalnego.* Może tylko z tradycyjną budową tego utworu (zwrotka-refren-zwrotka-refren) miałem kłopot, ale przecież pojedyncze kompozycje tego typu już na kilku poprzednich płytach zespołu dało się odszukać, więc w końcu do tego przywykłem i utwór mi się spodobał.

Oczywiście okazało się, że to nie koniec niespodzianek, a wypuszczenie singla było zagraniem przewrotnym, może w pewnym sensie komercyjnym (choć szczerze mówiąc, w żadnych mediach tego utworu nie słyszałem), bo jest on niereprezentatywny dla całości materiału, bowiem pozostałe kompozycje ani nie są tak chwytliwe (choć zachowują pewną specyficznie pojmowaną przebojowość), ani „piosenkowe”. Zresztą w ogóle trudno, jak to w przypadku tego zespołu już jest, o jednoznaczną klasyfikację gatunkową muzyki, jaką wykonuje na „Wars of the Roses”. Jak ją bowiem nazwać? Art rockiem? Rockiem eksperymentalnym? Ambientem? Dark ambientem? Muzyką elektroniczną?  A może lepiej porzucić próby szufladkowania i zacząć słuchać muzyki?

A ta, niezależnie od gatunkowego sklasyfikowania, niewątpliwie zasługuje na uwagę. Tym razem zespół poszedł w kierunku bardziej organicznego i mniej skomplikowanego grania (czyżby wpływ koncertów?), choć nadal nie jest ono lekkie i łatwe, a jedynie przyjemne, jeśli się mu (dłuższą) chwilę poświęci.

Dwa słowa o partiach wokalnych. Stoją one na naprawdę wysokim poziomie, do czego zresztą zdążyłem się już przyzwyczaić, a ponadto ułożono im często naprawdę urokliwe melodie („September IV”, „Island”), a nawet rozpisano je na trzy głosy („Providence” z gościnnym udziałem znanego z blackmetalowego Mayhem Attili Csihara i Siri Stranger, która wcześniej współpracowała z zespołem, nagrywając z nim cover „Thieves in the temple” Prince’a na kompilację poświęconą temu artyście). Krótko podsumowując, do strony wokalnej albumu nie mam najmniejszych zastrzeżeń.

Warto odnotować, że zespół ponownie wziął na warsztat literaturę i jej „umuzycznianie”. Tym razem, po „Zaślubinach nieba i piekła” Williama Blake’a i wierszu „Christmas” Fernanda Pessoi, przyszła kolej na poemat „Stone angels” amerykańskiego pisarza Keitha Waldropa. Recytacji, której podjął się nowy „nabytek” grupy, Daniel O’Sullivan, towarzyszą urokliwe, „płynące” ambientowe tła, przerywane niekiedy przeszywającymi dźwiękami klarnetu. I szkoda, że ta kompozycja trwa tylko kwadrans, a nie dłużej…

Wbrew temu, co sądzą i powiadają niektórzy, uważam, że płyta jest naprawdę dobrze wyprodukowana i brzmi tak, jak powinna: przyjemnie, „miękko”, ale też nie tłamsi przejawów szaleństwa zespołu, nie poskramia żywiołu improwizacyjnego, a także nie zmniejsza sugestywności i nie wpływa negatywnie na klimat ilustracyjnych, darkambientowych fragmentów materiału, których jest naprawdę dużo, może nawet za dużo.

Czegoś w tym wszystkim jednak brakuje: ładunku emocjonalnego, siły oddziaływania na słuchacza. Poprzedni album grupy, „Shadows of the Sun” z 2007 roku, pewnie jeszcze długo, a być może na zawsze pozostanie dla mnie jednym z najpiękniejszych i najbardziej poruszających kawałków muzyki, z jakim miałem możliwość się zetknąć, do którego w dodatku wracam z przyjemnością i bez cienia znużenia po przeszło setce odsłuchań. Nie wiem, jak będzie w przypadku „Wars of the Roses”, ale obawiam się, że nie ma tu tego „czegoś”, co nie pozwalałoby słuchaczowi zapomnieć o tej muzyce, co kazałoby mu do niej ciągle wracać i nie dopuścić do tego, by płyta kurzyła się na półce.

Ulver strącił poprzeczkę, którą zawiesił sobie ostatnimi dwiema-trzema płytami, to i tak cieszę się, że nie przefrunął pod nią. I cóż z tego, że strącenie było wyraźne, że sporo brakowało do tego, by ją przeskoczyć – tak po prostu bywa, gdy atakuje się rekordowe wysokości. Jestem przekonany, że to podejście nie było ostatnie, i że następnym razem może się udać.

Słowem: bardzo dobry album. „Tylko” bardzo dobry. I być może najgorszy (!!) w dorobku zespołu…

Ocena: 8/10

* Twórczość zespołu obfituje w tego typu „zakręty”, często ostrzejsze niż ten opisywany.

Lista utworów:
1. February MMX 4:09
2. Norwegian gothic 3:35
3. Providence 8:12
4. September IV 4:39
5. England 3:57
6. Island 6:05
7. Stone angels 14:52

Dodatkowe informacje o wydaniu:
Opakowanie plastikowe, dwudziestostronicowa książeczka ze wszystkimi tekstami (dotyczy wersji uboższej).

Łona i Webber – Cztery i Pół (2011)

Posted in Muzyka tagi , , , on Styczeń 15, 2012 by Kryniu

Łona i Webber – Cztery i Pół

Epitet „polski rap” niekoniecznie musi wywoływać pozytywne skojarzenia. Niemniej jednak, chcąc zachować pewien obiektywizm i nie uciekać (się) do zawsze krzywdzącego generalizowania, wypada zauważyć, że i z tej szufladki można znaleźć artystów wyróżniających się i godnych uwagi. Jednym z nich jest szczeciński raper Łona, który wraz z odpowiedzialnym za bity Webberem wydał właśnie swoją czwartą płytę. Czwartą-i-pół, jeśli wziąć pod uwagę minialbum „Insert”, który ukazał się na rynku w 2008 roku.

Dawniej, jeszcze na debiucie, czyli ponad dekadę temu, Łona wyróżniał się spośród krajowej menażerki poczuciem humoru, błyskotliwością, ironią i niczym nieskrępowanym optymizmem. A jaki jest Łona Anno Domini 2011? Cóż, po poczuciu humoru zostały tylko ledwo widoczne ślady, błyskotliwość przebrała się w szaty (nienachalnego, fakt) dydaktyzmu, ironia przeoblekła się w coś mniej subtelnego, w coś bliskiego szyderstwu, a młodzieńczy optymizm nie najlepiej wytrzymał zderzenie z rzeczywistością i przetrwał jedynie pod postacią resztek wiary w ludzi i w to, że nie jest (jeszcze) wcale tak najgorzej.

Na podstawie powyższego akapitu można by wysnuć wniosek, że kondycja artystyczna szczecińskiego rapera nie jest obecnie najlepsza, więc śpieszę donieść, że nie będzie to trafna i sprawiedliwa konstatacja. On się zwyczajnie zmienił, dojrzał, okrzepł – myślę, że także jako człowiek. A przecież ludzie się zmieniają, i to nie zawsze na gorsze. Poza tym nadal ma sporo niegłupich rzeczy do powiedzenia, na pewno więcej niż większość jego kolegów po fachu, więc równie(ż) niegłupio byłoby tego posłuchać.

A co my tu mamy? Zaczyna się od tego, że w pierwszym utworze artysta, podejmując swoistą grę ze słuchaczem, prowokuje go do odmalowania jego obrazu, jednocześnie instruując, jak takowy wykonać należy. To wszystko niweczy konkluzja, że wszelkie wyobrażenia są tylko wyobrażeniami, niekoniecznie mającymi wiele wspólnego z rzeczywistością, i nie mogą być one podstawą sposobu postrzegania drugiego człowieka, w tym przypadku Adama Zielińskiego, rapera ze Szczecina. Tak samo może być z tym, co wypisałem w kilku powyższych akapitach, jeśli nie były to wręcz konfabulacje.

Szerzej opisałem pierwszą kompozycję i mógłbym postąpić w ten sam sposób z pozostałymi, ale tego nie uczynię, co nie oznacza, że kolejne utwory są gorsze lub na podobny opis nie zasługują. Po prostu nie o to w tym, jak myślę, chodzi. Wystarczy wspomnieć, że Łona rapuje między innymi o zaściankowości, o tym, że się mijamy i nie rozumiemy, że nie mamy czasu na to, by ze sobą porozmawiać, i że w ogóle nie jest z nami najlepiej. Ponadto próbuje nawiązywać do swoich początków, a to stawiając na wygłup (nieśmieszny, niestety, jak w utworze „10”), a to na puentę („Nie wygłupiaj się” – tu też nie najlepiej to wyszło, zresztą ze szkodą dla całego utworu), a to na opowiadanie historyjek, które może uczą, ale bawią już mniej („Święty spokój”). Oczywiście nadal trzyma to niezły poziom, ale od Łony wypada oczekiwać, a wręcz wymagać więcej. Tym bardziej że jego kolega Webber wywiązał się ze swojego zadania bez zarzutu i do strony muzyczno-produkcyjnej nie można mieć zarzutu. Jest dobrze, choć może bez szaleństw i przebłysków geniuszu.

Gdy zapytałem pewną znajomą osobę o to, co sądzi na temat tej płyty, odpowiedziała, że jest ona niebieska. Miało to oczywiście sugerować, że zdanie ma nie najlepsze, a to, że jest niebieski, właściwie jedyne, co można na temat owego krążka powiedzieć. Myślę, że była to przesada, że nie jest tak źle i bezbarwnie (czy raczej jednobarwnie). Może poza świetnym singlem („To nic nie znaczy”) niewiele tu utworów, które odstawałaby wyraźnie na plus od przyzwoitej reszty (wyróżniłbym jeszcze niemal tak samo dobre „Nie pytaj nas”, celne i błyskotliwe „Szkoda zachodu” i „Kaloryfer” -refleksyjny, oparty na świetnym pomyśle), ale kolokwialnie mówiąc, kichy także panowie nie odwalili. Płyta na równo pomiędzy 4,5 w skali dziesięciostopniowej a tą samą oceną w skali sześciostopniowej. Oczywiście w tej drugiej skali. A ile to będzie, to już nie tak trudno, znając ułamki i/lub procenty, policzyć, choć nawet nie trzeba tego robić, bo wynik widać poniżej.

Ocena: 6/10

Lista utworów:
1. Ł.O.N.A. 3:40
2. Patrz szerzej 3:38
3. Nie ma nas 2:48
4. Szkoda zachodu 3:28
5. Nie pytaj nas 3:19
6. Kończ tę rozmowę (honyszke kojok) 2:53
7. Kaloryfer 3:04
8. Święty spokój 3:01
9. Jesteśmy w kontakcie 1:58
10. 10 (gościnnie Rymek, SR) 3:44
11. To nic nie znaczy 3:21
12. Nocny ekspres 3:52
13. Bez mapy 3:51
14. Nie wygłupiaj się 2:12

Dodatkowe informacje o wydaniu:
Rozkładany digipack, brak książeczki, a więc i tekstów, zrekompensowany w całkiem miły sposób, o którym może nie będę wspominał.

Teledyski:


 

Gracjan Roztocki – Impreza na maksa

Posted in Analiza i intepretacja tagi , , on Styczeń 13, 2012 by Kryniu

Gracjan Roztocki – Impreza na maksa

Dziś impreza jest na maksa
Będzie zaraz ostra jazda
Tu dziewczyny są szalone
A chłopaki już gotowe

Ref: Bum, bum, bum, tididi, tidida
Bum, bum, bum, tididi, tidida
Ooooo, zabawa, zabawa
Ooooo, do rana, do rana

Już dziewczyny dają czadu
Żadna z nich tu nie zna strachu
Bo muzyka głośno gra
Do tańca nas zaprasza

Ref: Bum, bum, bum…

Każdy z nas jest napalony
No i przez to zakręcony
Więc szaleństwa zdarzą się!
Nie ominą również Cię

Ref: Bum, bum, bum…

Już się laska, rozebrała
Bo ochotę na to miała
Ta impreza super jest
I szalony każdy jest

Ref: Bum, bum, bum…

Już jest rano, więc jest koniec
Tej imprezy już jest koniec
Nowa będzie już niedługo
Może nawet chyba jutro

Ref: Bum, bum, bum…(x2)

Gracjana Roztockiego przedstawiać nie trzeba. Jeśli ktoś ma Internet dłużej niż pół roku i słyszał o istnieniu portalu Youtube, to musiałby być niezłym szczęściarzem, gdyby nie usłyszał także o wesołym blondynie, ubranym w kolorowe ciuszki i śpiewającym wesołe piosenki, czasem także służącym kulinarnymi instruktażami, w których wykazywał, że jest mistrzem patelni, piekarnika i okolic. Teraz, gdy wydawało się, że błyskotliwa kariera Pana Gracjana (Gracjana Pana?) dobiegła końca, co jak pamiętam, sam obwieszczał, nastąpił niespodziewany i nieoczekiwany (uwaga, dwuznaczność!) powrót. Powrót do korzeni muzycznych.

Zostawmy przeszłość, wraz z nią także cały tak zwany dorobek artystyczny i utylitarny (czyżby taki, który nadaje się tylko do utylizacji?), a zajmijmy się tym, co nowe, świeże i na czasie.

Utwór „Impreza na maksa”, który być może coś (poza hedonizmem) promuje, ale tego dziś jeszcze nie wiadomo, jest bodaj pierwszym tegorocznym hitem, przynajmniej na krajowym podwórku. Warto byłoby zastanowić się nad tym, o czym tak naprawdę opowiada, bo choć na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się być aż nazbyt jasne, to jak wiadomo, pozory mylą.

Zwróćmy uwagę na tytuł, bo on jest kluczowy. Impreza to wiadomo – impreza i tyle. Co innego z „na maksa”. Jeśli by wyraz „maksa” napisać wielką literą (jak zresztą uczynił ktoś, kto ów klip udostępnił), okaże się, że mamy do czynienia ze słowno-muzyczną relacją z imprezy okolicznościowej, organizowanej w dniu imienin jakiegoś bliżej nieokreślonego i nieznanego Maksymiliana. W dodatku jest to relacja „na gorąco”, z samego miejsca zdarzenia, czyli taka, jaka być powinna.

O tym, do jakich aberracji i ekscesów podczas tegoż spędu dochodzi, dowiadujemy się już z samego tekstu. Wiadomo, że obie płci mają tam swoich reprezentantów. I tak: dziewczyny są szalone, dają czadu i nie znają strachu, a chłopaki gotowe (czyżby konformiści?), napalone i (przez to) zakręcone. Wszystko, jak widzimy, zmierza do tak zwanego rozstrzygnięcia, a o jego ewentualnej pomyślności bądź niepomyślności można by pewnie długo rozprawiać, ale byłoby to wyrażenie ogólnych, wspartych na fundamencie domniemań, przefiltrowanych przez światopoglądy sądów i stanowisk,  nie odnoszących się w zasadniczej swej treści do tego, co łaskawie nam wyśpiewuje Gracjan R.

Ciekawe, że mimo prostoty wyrazu i nachalnej bezpośredniości autor także wiele rzeczy przemilczał, pominął, pozostawił jedynie w domyśle odbiorcy, nawiązując tym samym do poezji Norwida, której sam być może nie jestem zagorzałym zwolennikiem, ale niewątpliwie znajomość tekstów kultury wysokiej i nienachalne, naznaczone subtelnością dawanie do zrozumienia o tym fakcie się chwali. Trudno bowiem przypuszczać, że sytuacja opisana w przedostatniej zwrotce („Już się laska rozebrała / Bo ochotę na to miała”) stanowiła epilog imprezy, była jej wielkim finałem, by heros-reporter, niestrudzenie opisujący zastane (niczym, nie przymierzając, Stanisław Wyspiański wesele Lucjana Rydla, którego nie należy mylić z Ryśkiem Riedlem, co wyraźnie zaznaczam), mógł powiedzieć już tylko tyle, że „Już jest rano, więc jest koniec / Tej imprezy już jest koniec”. Nie ma w tym jednak ni szczypty pesymizmu czy dekadencji, bowiem wraz z pierwszymi promieniami słońca (załóżmy, że świeciło ono tego rana) rozbłyska także promyczek nadziei, nuta radości, bowiem następna impreza będzie jutro. Chyba.

Było o treści, ale nie można zapomnieć o formie. Poza licznie nagromadzonymi epitetami i ciekawie rozonomatopeizowanym refrenem uwagę przykuwają przede wszystkim zestawienia rymowe. Jeśli pominąć fakt, że jakaś 1/3 z nich to z pewnością nie są rymy, to i tak pozostają takie zmyślne pary jak napalony-zakręcony czy się-Cię, które błyskawicznie przywołują skojarzenia z twórczością najnowszą Staszewskiego Kazimierza, a także jego pieczołowitość, staranność i niebanalność wyrazu w tym aspekcie (że wspomnę tylko kultowe „Lepszych dni nie będzie już / Ty kapelusz włóż”).* Te trzy zdania nie wyczerpują tematu środków poetyckich w omawianym utworze (ani szerszego pojęcia poetyckości tegoż), ale niekoniecznie muszę być odpowiednią osobą do tego, by próbować go wyczerpać, dlatego jedynie sygnalizuję, powiedzmy, problem.

Warty choćby wzmianki jest również sam obrazek, który towarzyszy i uzupełnia wokalno(?!)-instrumentalno(?!)-poetycką(!!!) mieszankę (doznań). Poza wręcz archetypowymi dla tego typu teledysków, naturalnie dobrze korespondującymi z tak zwanym przekazem, elementami takimi jak roznegliżowane panie, panowie za konsoletami czy napoje wyskokowe, uwagę zwraca, jak to się mawia w kolorowych i fachowych (także z tego powodu) pismach, stylizacja głównego winowajcy bohatera, która mimo brzemienności w monarsze atrybuty (korona, berło) przywołuje raczej na myśl innego władcę – władcę Watykanu. I na tym może urwę wątek, dodając jedynie spostrzeżenie kolegi, który stwierdził, że Gracjan wygląda jak coś pomiędzy Zygmuntem III Wazą a papieżem. W każdym razie zmiana wizerunkowa niewątpliwie nastąpiła. O tym, czy okaże się ona korzystna, zadecydują tak zwani widzowie.

Nie będę przedłużał. Jeśli ktoś jeszcze nie włączył powyższego klipu, niech to czym prędzej uczyni, bo nawet jeśli będzie tego szczerze żałować, a być może nawet pomstował na mnie, to na pewno to doświadczenie go wzbogaci i uczyni pełniejszą, lepszą jednostką.

Cóż, albo zwyczajnie pozwolić popłakać się ze śmiechu, czego niniejszym pragnę i pozwolę sobie wszystkim, którzy dobrnęli do tego akapitu, życzyć.

Innym chyba też, ale oni nie będą przecież o tym wiedzieć.:)

* Należy dodać, że zestawienie już-włóż pojawia się w jego poezjowaniu  (a może lepiej „tekszczeniu”?) dość często. Wolę nawet, gdy kapelusz jest zastępowany beretem, a tak bywa.

Opeth – Heritage (2011)

Posted in Muzyka tagi , , , on Styczeń 12, 2012 by Kryniu

Opeth – Heritage

Słuchając tej płyty po raz pierwszy, a właściwie inaugurując jej odsłuch, powiedziałem sobie w duchu, racząc się fortepianowym wprowadzeniem do całości, że to nie będzie zła płyta. Nie może być, skoro zaczyna się w taki sposób. Ale czy na pewno? Czy może czas i kolejne zetknięcia z tym krążkiem pozwoliły mi na zrewidowanie pierwotnej, praktycznie niczym niepopartej opinii, będącej w gruncie rzeczy jedynie przewidywaniem? Postaram się na te pytania, także sobie, odpowiedzieć poniżej.

Tytuł płyty, „Heritage”, („dziedzictwo”), po skonfrontowaniu z jej zawartością, jest wyraźnym sygnałem, że grupa nawiązuje do spuścizny muzycznej lat 60. i 70. XX wieku, do zespołów grających w owym czasie rock progresywny; Na ten temat szerzej mogliby się wypowiedzieć muzycy zespołu, podając źródła inspiracji, od siebie mogę rzec, że słychać tu chociażby Jethro Tull czy może nawet Pink Floyd, ale pewnie każdy wychwyci co innego – chodzi tylko o pewne kanony. Nie byłoby w tym nawiązywaniu nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że Opeth to grupa deathmetalowa, choć w przeszłości przytrafił jej się album stonowany, wyciszony, charakteryzujący się podobnymi odniesieniami, choć inny – przede wszystkim prostszy i bardziej, jeśli wolno tak rzec, skondensowany – od opisywanego. Mowa o „Damnation” z 2003 roku, dla niektórych być może jedynej w całości strawnej płycie Szwedów.

Panowie nawiązują także do własnego dziedzictwa, powołując się słabiej (poprzez przywoływanie skojarzeń jedynie na poziomie klimatu poszczególnych kompozycji bądź ich fragmentów) lub mocniej (za pomocą niemal bezpośrednich, choć mimo wszystko subtelnych, przynajmniej w moim odczuciu, cytatów) na swoje kompozycje z poprzednich płyt. To wskazuje na to, że Opeth nie odciął się zupełnie od tego, co dotychczas stworzył, nie przekreślił własnych dokonań i nadal duch przeszłych dokonań jest w muzyce zespołu obecny, nawet jeśli ona sama uległa zmianie, której kosmetyczną nazwać nie sposób, bo od death metalu do rocka droga jest dość daleka, nawet jeśli oba gatunki opatrzyć przymiotnikiem „progresywny”.

Jest jednak pewien zgrzyt, i to dość poważny. Mam na myśli dynamikę, a raczej jej brak, który nie jest słyszalny praktycznie tylko w jednym utworze – w dedykowanym zmarłemu w tym roku Ronniemu Jamesowi Dio, wokaliście Black Sabbath, „Slither”, co nie oznacza, że pozostałe utwory są mdłe, złe, nijakie i nudne. Można powiedzieć, że opisywana przypadłość to nic nowego dla Opeth, ale dopóki zespół bazował na opozycji ciężar-delikatność, „przykrywając” owe niedostatki deathmetalowymi riffami i piekielnym growlingiem, dopóty nie przykuwało to uwagi. Teraz, gdy zostały one zastąpione prog- czy hardrockowymi,i rytm, motoryka i naprawdę spory talent perkusisty (nawet i basisty – niech będzie), którego gra jest wręcz ozdobą albumu, na niewiele się zdają, bo nie rozwiązują opisywanego problemu. Zresztą pewnie trochę przesadzam.

Jeszcze jedna sprawa: budowa kompozycji. Wiadomo, że nie jest ona najprostsza, to się zresztą chwali, tyle tylko, że czasem poszczególne części utworów nie wynikają z siebie nawzajem, nie są logicznym następstwem poprzednich, sprawiają wrażenie losowych, nie kleją się, mówiąc kolokwialnie, nawet jeśli wszystkie są na wysokim poziomie (vide środkowa część „Häxprocess”, druga połowa „Folklore” czy końcówka „Slither”).

Czy moje pierwsze przekonanie, wysłowione we wstępie, okazało się nietrafione? Chyba nie do końca, bo to naprawdę nie jest zła płyta, choć takie można odnieść wrażenie, czytając to, co o niej napisałem. Nie jest to też płyta bardzo dobra, a takie Opeth ma w swojej dyskografii. Żaden ze mnie ortodoks, żeby wytykać zespołowi zmianę stylistyki i z powodu owej zmiany kręcić nosem. Tym bardziej że obrany kierunek zdaje się nie prowadzić na mieliznę, lecz ku nowym lądom, które warto eksplorować w przyszłości. Oby tylko z mniejszą niepewnością, bez strachu i z wyobraźnią. A tymczasem mogę jedynie stwierdzić, że nieprzeciętny zespół nagrał raczej przeciętną płytą, na której momentami słychać, że nie mamy do czynienia z byle jakimi grajkami.

Ocena: 7/10

PS: W wydaniu cd+dvd na „nadprogramowym” krążku znalazły się dwa dodatkowe utwory: „Pyre” i „Face in the snow”. Pierwszy mógłby się spokojnie znaleźć na wspomnianym już albumie „Damnation” z 2003 roku, a drugi to w moim odczuciu cieplejsza, bardziej „kolorowa” wersja „Isolation years” z „Ghost Reveries” (2005). Krótko mówiąc, oba są bardzo dobre i chyba tylko dlatego nie znalazły się w regularnym zestawie, że nie pasowały do reszty kompozycji.

Lista utworów:
1. Heritage 2:05
2. The devil’s orchard 6:39
3. I feel the dark 6:40
4. Slither 4:02
5. Nepenthe 5:39
6. Häxprocess 6:57
7. Famine 8:31
8. The lines in my hand 3:48
9. Folklore 8:19
10. Marrow of the earth 4:18
+ (dvd)
11. Pyre 5:34
12. Face in the snow 4:04

Dodatkowe informacje o wydaniu:
Digipack, dwunastostronicowa książeczka ze wszystkimi tekstami (prócz tekstów utworów dodatkowych), trójwymiarowa okładka.

Blog roku 2011

Posted in Uncategorized on Styczeń 12, 2012 by Kryniu

Gdyby ktoś czuł, że ma to sens, może zagłosować na to, co tu wyprawiam, w konkursie Blog Roku 2011, wysyłając sms o treści E00145 (gdzie „0″ to zero) pod numer 7122. Koszt takiego wybryku to 123 grosze, czyli złotówka plus vat.

Siekiera – Ballady na koniec świata (2011)

Posted in Muzyka tagi , , , , on Styczeń 2, 2012 by Kryniu

Siekiera – Ballady na koniec świata

Recenzję nowej płyty Kazika Na Żywo zacząłem słowami „dwanaście lat minęło jak jeden dzień”, ale zaznaczyłem, że nie mogę się pod nimi podpisać, bo tak długo na to wydawnictwo nie czekałem. Wówczas mogłem się jednak popisać i budując dramaturgię, skłamać, ale w przypadku nowego dzieła Siekiery jest to mocno utrudnione, gdyż od wydania poprzedniej (i jedynej!) płyty studyjnej*, czyli „Nowej Aleksandrii”, minęło ćwierć wieku (plus rok), a tyle jeszcze na tym łez padole nie przebywam.

Nie mogę jednak nie powiedzieć, że nie czekałem na powrót Tomasza Adamskiego, nie reagowałem żywo na pogłoski o powstającym nowym materiale i szukaniu ludzi do pomocy przy jego tworzeniu, a takowe pojawiały się już od co najmniej kilkunastu miesięcy. Wprawdzie wszystkim tym doniesieniom towarzyszyły dość liczne głosy dezaprobaty, wręcz sprzeciwu – a to, że po co niszczyć legendę, że lepiej to zostawić tak, jak jest, nie kombinować, bo nic dobrego z tego nie będzie, i lepiej, byśmy pamiętali Siekierę z lat 80. Wtedy nie potrafiłem zgodzić się z takimi opiniami. A czy teraz mogę?

Nie będę od razu odpowiadał na to pytanie, bo pewnie podważyłoby sens dalszego pisania, a czytania to już na pewno. Tak jak singiel „Przekwitło lato” w opinii internetowych malkontentów ostatecznie podważył sens artystycznej reanimacji Siekiery. Dało się usłyszeć, że to Stare Dobre Małżeństwo albo inny Mietek Szcześniak. Być może takie porównania nie zawsze muszą być niekorzystne dla porównywanego, ale w tym wypadku chodziło wyłącznie o sarkastyczne ujęcie, o dezawuowanie. Niesprawiedliwe, moim zdaniem, bo to naprawdę ładna piosenka, z dość nietypowym dla Adamskiego tekstem, może poza samym „schyłkowym” klimatem (dość subtelnym mimo wszystko), który zdaje się być jedną z wykładni jego stylu pisania.

Jeśli kogoś nie przekonuje to, że przekonuje mnie singiel (bo i właściwie czemu miałoby to kogoś przekonać do zmiany opinii na jego temat), to śpieszę dodać, że nie jest on specjalnie reprezentatywny dla całości. Nie jest też najlepszym utworem z płyty, więc wyrabianie sobie na jego podstawie zdania o płycie jest dość nierozsądne.

A tę otwiera nieco filmowe, instrumentalne „Na pewno”, przywołujące, być może dość odległe, echa „Nowej Aleksandrii” (tu prym będzie wiodła kompozycja „Droga na szczyt”), o niepokojącym klimacie, ilustracyjne, dobrze wprowadzające w klimat albumu. A jeśli już o kompozycjach bez tekstu mowa, to są takowe trzy („Na pewno”, „Konie Kuzmana” i „Po burzy”), co zarówno liczbowo, jak i (niemalże) czasowo stanowi 1/3 całej płyty. Jak można się domyślić, nieco zbyt krótkiej…

Idźmy dalej. Jeśli ktoś uznał kompozycję „Przekwitło lato” za lekką czy wręcz mdłą i niesmaczną, to przy takim „A gdyby” może dostać poważnych nudności. To w ogóle dziwna sprawa, bo gdy przeczytałem tekst, to wydał mi się naprawdę posępny, beznadziejny (tj. pozbawiony nadziei – być może poza końcówką, ale mimo wszystko całość nie ma raczej pozytywnego wydźwięku), świadczący o naprawdę niedobrym stanie psychicznym piszącego (patrz: minibiografia Siekiery dołączona do płyty), a piosenka jest… ładna. Pogodna wręcz, w dodatku zaśpiewana na dwa głosy (w tym jeden żeński, Alicji Bil-Traciłowskiej). Nieco mi ona zgrzyta, choć nie mogę jej odmówić uroku. Podobnie rzecz ma się z utworem „Diabelski cień”, ale jego tekst podoba mi się najmniej ze wszystkich z płyty, sama kompozycja podobnie. I jej uroku mogę odmówić – jest jedynie całkiem przyzwoita.

Na tym (prawie) koniec zarzutów, bo jeśli przebrnie się przez dwa wyżej wymienione utwory (i singiel, jeśli ktoś ma z nim problem) lub je pominie, to od darkfolkowych „Koni Kuzmana”  jest już bardzo, bardzo dobrze. I cholernie depresyjnie, ciężko (i nie chodzi tu o ciężar riffów gitarowych), przytłaczająco. „Poza czasem”, wzbogacone fragmentem prozy poetyckiej, jest monotonne  jak samo trwanie, o którym traktuje, ale także hipnotyzujące, wręcz transowe, a marszowa „Droga na szczyt” (cóż za przewrotny tytuł!)  posiada prawdopodobnie najlepszy (zarówno tekstowo, jak i melodycznie) refren w całej historii Siekiery (nawiasem mówiąc, wybrzmiewa on przez połowę utworu).

„Ballady na koniec świata” rzeczywiście wydają się być balladami na koniec świata. Ciężko doszukać się w tych utworach nadziei, cienia optymizmu, już o radości nie wspominając. Można by zaryzykować stwierdzenie, że same utwory są osobistymi (mini)końcami świata Tomasza Adamskiego. Trochę szkoda, że ta płyta może się nie przebić, może nie być wielkim sukcesem komercyjnym. Co z tego, że nie została najlepiej wyprodukowana, słychać pewne braki (głównie finansowe, także sprzętowe, ale jedno wynika z drugiego, a raczej drugie z pierwszego) w brzmieniu, brak ostatecznego szlifu, może nawet pewną nieudolność (ale nie można też powiedzieć, że spartolono robotę), że jest oszczędna w wyrazie, a momentami delikatnie przesłodzona, skoro broni się artystycznie?

To udany powrót, nawet bardzo udany. Siekiera grająca akustyczny (apokaliptyczny) folk to w moim odczuciu nadal Siekiera. I nie powiedziałbym, że jest gorsza od tej punkowej czy zimnofalowej. Jeśli chodzi o „siłę rażenia” (tekstami), jest nawet lepsza: wysoce introspektywna, przeszywająca i poruszająca. Punkom się raczej nie spodoba, ale oni mogą nadal słuchać „swojej” Siekiery.

Panie Adamski, ma pan jaja – za to dodaję plus do oceny. I niech pan się nie da pokonać rzeczywistości! Niech pan też nie odpuszcza (artystycznie) – może być jeszcze lepiej!

Ocena: 8+/10

PS: Wiem, że Tomasz Adamski nie przeczyta tej recenzji, żeby nie było.;)

* Wszelkich kompilacji (chociażby „Na wszystkich frontach świata” z 2008 roku) nie liczę.

Lista utworów:
1. Na pewno 5:15
2. Ludzie mówią 4:30
3. Diabelski cień 5:50
4. Przekwitło lato 6:50
5. A gdyby 4:58
6. Konie Kuzmana 4:28
7. Poza czasem 5:45
8. Droga na szczyt 4:24
9. Po burzy 1:59

Dodatkowe informacje o wydaniu:
Opakowanie kartonowe (dwupanelowe), dwudziestoośmiostronicowa książeczka ze wszystkimi tekstami i minibiografią Siekiery ( a w szczególności samego Tomasza Adamskiego) pióra Roberta Jarosza.

 

2011: Podsumowanie

Posted in Muzyka tagi , , , , , , , , on Styczeń 1, 2012 by Kryniu

Moje podsumowanie roku będzie z jednej strony nietypowe, a z drugiej – niewyszukane. Zamiast bawić się w tworzenie zestawień najlepszych płyt, jakie ukazały się w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy, demaskując tym samym swoją ignorancję, pisać o tym, czym się ekscytowałem, co mnie zawiodło i co odkryłem, napiszę po prostu o tym, czego najczęściej słuchałem przez ostatnie 365 dni. Dane pochodzą z serwisu last.fm, a więc nie uwzględniają moich posiedzeń przy „zwykłym” sprzęcie grającym, wyjść z muzyką w miasto itp. Mimo to sensowny obraz tego, jaką muzyką żyłem przez ten czas, dają.

Liczby w nawiasach oznaczają kolejno: rok wydania danej płyty i łączną liczbę odsłuchań utworów z niej pochodzących.

1. Ulver – Shadows of the Sun (2007) (555)
Noszę się z zamiarem zrecenzowania tej płyty od miesięcy, ale chyba nigdy mi się to nie uda. Krótko, bardzo krótko: przepiękna muzyka. Jedna z moich absolutnie ulubionych płyt. I to wszech czasów.
2. Vàli – Forlatt (2004) (433)
O tym wydawnictwie pisałem tutaj.
3. Opeth – Heritage (2011) (242)
Może i Opeth w tym roku zawiódł, może to ich, jak wielu uważa, najsłabsza płyta, ale to nadal dobra rzecz. Tylko ciekawe, czemu bodaj najlepszy utwór z całej sesji nie został zamieszczony w podstawowej edycji „Heritage”…
4. Ulver – Blood Inside (2005) (235)
Tę płytę już „recenzowałem”.
5. múm – Finally We Are No One (2002) (234)
Zaintrygował mnie tytuł płyty (i tytuły utworów), dlatego ją kupiłem, choć kojarzyłem jedynie, że to jakaś elektronika, i że zespół jest z Islandii. Chociaż raz czuję się zawiedziony po takim szaleństwie.
6. Mark Morgan – Planescape: Torment the Soundtrack (1999) (230)
Ścieżka dźwiękowa z mojej ulubionej gry komputerowej. Sprawdza się bardzo dobrze także poza rozgrywką, a właściwie jedyne, do czego mógłbym się poważnie przyczepić, to długość, a raczej krótkość, utworów.
7. Burzum – Filosofem (1996) (186)
Koszmarne brzmienie, wrzaski, trzaski i szumy… Magiczna płyta, choć pan Vikernes to nie magik, a morderca, rasista, nazista i chyba też mizogin. Zresztą można by tak jeszcze wymieniać, ale przecież chodzi o muzykę…
8. Opeth – Damnation (2003) (173)
Najładniejsza (i najkrótsza) płyta Opeth, bez śladu death metalu czy w ogóle metalu. Można ją spokojnie puścić mamie albo babci, pokazując, jak mogą grać „szataniści”.
9. Ulver – Wars of the Roses (2011) (163)
Podobna sprawa jak z „Heritage” Opeth: także wielu uważa, że „wilki” nie nagrały nic gorszego (i znów mogą mieć, kurczę, rację), ale życzyłbym sobie jak najwięcej takich „najsłabszych” płyt.
10. Katatonia – Night Is The New Day (2009) (150)
Wokalista nauczył się śpiewać, cały smutek jest skalkulowany i wyrachowany, ciężar tak wyważony, by nikogo nie przytłoczyć… Wolę starą Katatonię, zdecydowanie. Nowa niby też zła nie jest, ale nie bardzo wiem, czemu to właśnie jej słuchałem w minionym roku częściej…

I jeszcze garść uwag podsumowujących to podsumowanie:
- wyszło bardzo skandynawsko – jeśli by do tego regionu zaliczyć Islandię, to spoza niego zostaje jedynie Mark Morgan;
- na listę załapały się tylko dwie tegoroczne płyty, choć wpadło mi ich w ręce trochę więcej (rym niezamierzony);
- niby Norwegia = black metal, a Szwecja = death metal, a z powyższego zestawienia tylko „Filosofem” jest metalową płytą, może jeszcze „Night is the New Day”, ale dla mnie to takie rockowe piosenki z lekkimi naleciałościami (doom)metalowymi;
- polskiej muzyki brak – żaden ze mnie, widać, patriota;

PS: Moje blogowe postanowienie noworoczne: publikować jeden tekst w tygodniu. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Vàli – Forlatt (demo, 2004)

Posted in Muzyka tagi , , , , , on Grudzień 23, 2011 by Kryniu

Vàli- Forlatt

Zabieram się za napisanie tego tekstu już pewnie ze dwa miesiące. Teraz, zasiadając do tego po raz kolejny, tym razem z nadzieją, że więcej podejść nie będzie potrzebne, musiałem wykreślić wszystko to, co przez ten czas zdążyłem naprodukować. Tak więc startuję od zera i choć jeszcze nic sensownego ze mnie nie wyszło, to wstęp już mam załatwiony. Dobrze mi idzie.;)

Garść informacji rodem z Wikipedii. Vàli to jednoosobowy (choć nie do końca, bo to pan jest, a w niektórych utworach można usłyszeć damskie wokalizy) projekt dark/neofolkowy z Norwegii. Opisywany album, a właściwie demo, to jedyne wydawnictwo w katalogu nieznanego mi z imienia i nazwiska Norwega, który pogrywa także na gitarze w doommetalowym zespole Skumring. I na tym kończy się moja wiedza na temat tego pana.

Ciężko także wiele napisać o muzyce, jaką przygotował. Jest oszczędna w środki wyrazu, głównie gitarowa, czasem tylko wzbogacona o dźwięki klawiszy, skrzypiec, fletu czy wspomniane już damskie wokalizy. Na początku byłem zdania, że te „nadprogramowe” elementy są raczej zbędne, burzą klimat kompozycji, w których się pojawiają, zaburzają ich porządek, ale z czasem zmieniłem zdanie i nie wyobrażam sobie, by miało ich nie być, Po prostu każdy dźwięk wydaje się być na swoim miejscu, a poza tym nie można powiedzieć, że muzyka jest „przeładowana”, przekombinowana, bo to nadal ascetyczne, oszczędne w środki wyrazu, ale i wysmakowane granie.

Jak widać, płyta zyskała w moich oczach od momentu pierwszego przesłuchania, choć już wtedy uważałem ją za dobrą. Przywoływała, być może oczywiste, skojarzenie z drugim longplayem Ulvera pt. „Kveldssanger”, choć dzieło „wilków”, jak kiedyś to sobie wymyśliłem i ująłem, nadaje się w sam raz na wieczór, do słuchania podczas zachodu słońca na jakiejś leśnej polanie, a „Forlatt” to w moim odczuciu rzecz „na później”, na noc. Klimat jest podobny: w obu przypadkach rządzi prostota, gitara akustyczna (a może klasyczna – nigdy nie złapię różnicy, taki ze mnie ignorant) i repetycje (które nie są niczym złym). Trudno powiedzieć, któremu z tych zespołów granie dark folku wyszło lepiej, ale jeszcze trudniej powiedzieć, że któremuś ono nie wyszło.

Krótko mówiąc, „Forlatt” to 35 minut muzyki, której po prostu wypada posłuchać, choć może nie być tak łatwo się nią od razu zachwycić i uznać za coś więcej niż miłe dla ucha dźwięki, mogące stanowić tło do wykonywania jakichś prozaicznych czynności. Jestem jednak przekonany, że warto dać jej szansę, a przede wszystkim trochę czasu, bo może się okazać, że to my staniemy się dla niej tłem.

Ja już się stałem – teraz wasza kolej.

Ocena: 9/10

Lista utworów:
1. Naar vinden graater 3:34
2. Dypt inne i skogen 3:07
3. Et ensomt minne 4:21
4. Nordlysets dans 3:02
5. Lengsel 3:36
6. Sorg 6:06
7. Skumringens omfang 0:49
8. Her lite i moerkret 4:11
9. Taake 1:39
10. Doedens evige kall 4:35

Amon Amarth – Surtur Rising (2011)

Posted in Muzyka tagi , , , , on Grudzień 8, 2011 by Kryniu

Amon Amarth – Surtur Rising

Szwedzcy wikingowie powrócili z nową płytą, by po raz kolejny, ósmy już, uraczyć świat swoją wizją melodyjnego death metalu. Zainteresowanym, niezainteresowanym, niezdecydowanym, obojętnym i przypadkowym „czytaczom” postaram się tę wizję przybliżyć, jeśli ci tylko zdecydują się przeczytać kilka poniższych akapitów.

Klasyfikację gatunkową mamy za sobą, więc można przystąpić do rzeczy. Tak jak to robią panowie z Amon Amarth, rozpoczynając płytę utworem „War of the god”, być może najlepszym w całym zestawie. Są w nim zawarte główne wyznaczniki stylu zespołu: melodyjne riffy, przebojowy (sic!) refren, głęboki growling, średnie tempo, dodatkowo odgłosy z pola bitwy i niezła solówka gitarowa. Czego chcieć i oczekiwać (po tych panach) więcej?

Później jest raz lepiej, raz gorzej. Lepiej, gdy z większą lekkością, bardziej chwytliwie, z wpadającymi w ucho akcentami, a gorzej, kiedy zespołowi zdaje się brakować pomysłów na daną kompozycję, co rzutuje na jej wyrazistości  i czyni spore niektóre fragmenty płyty rozwlekłymi, męczącymi, snującymi się bez końca. I to nie jest nowy problem tego zespołu, bo na jego poprzednich płytach trafiały się utwory wyraźnie odstające od reszty, które można by bez żalu odrzucić, selekcjonując materiał. Szkoda, że tym razem nie są im wyraźnie przeciwstawione kompozycje bardzo dobre, bo muzyka na „Surtur Rusing” oscyluje w granicach przeciętności, niekiedy się ponad nią wznosząc (częściej), a niekiedy schodząc poniżej niej (rzadziej).

Teksty? Takie, jak zwykle: bitwy wojownicy, bogowie i tym podobne. Panowie nadal czerpią garściami z nordyckiej mitologii, która zdaje się być niewyczerpywalnym źródłem inspiracji. Wszystko wydaje się być na swoim miejscu, warstwa liryczna dobrze koresponduje z muzyczną, więc nie ma się czego czepiać.

Abstrahując od poziomu muzycznego, wokalnego i lirycznego albumu, trzeba jeszcze wspomnieć o brzmieniu, które jest bardzo dobre: selektywne, potężne, gdy trzeba, ale też nieodrzucające nikogo, kto zetknie się z tą muzyką przypadkowo. Zakładając, że taka sytuacja jest w ogóle możliwa.

Pewne rzeczy pozostają niezmienne. Najwyraźniej jedną z nich jest muzyka panów z Amon Amarth, którzy wprawdzie niczego nowego tą płytą nie odkrywają, tylko poruszają się po dobrze sobie znanych muzycznych terytoriach, co nie jest oczywiście zarzutem. Słychać, że czują się w tym pewnie, że wiedzą, co i w jaki sposób chcą grać. Tych dziesięć piosenek nie zostanie pewnie uznane za kamień milowy gatunku, nie są one nawet szczytowym osiągnięciem zespołu, ale to nadal kawał solidnej roboty. Być może rzemieślniczej, ale dobrzy rzemieślnicy przecież także są potrzebni, prawda?

Ocena: 6/10

PS: Posiadam wydanie z dodatkową płytą dvd, na której znalazły się fragmenty koncertów z Bochum z ostatnich czterech dni 2008 roku. Całkiem przyjemne i bogate to fragmenty, bowiem obejmują całość materiału z pierwszych czterech płyt Amon Amarth, rzecz trwa ponad trzy godziny, a dopłacić za nią wcale tak wiele nie trzeba. Można by zażartować, że płyta studyjna jest dodatkiem do tego dvd, dlatego też napomykam o tej edycji.

Lista utworów:
1. War of the gods 4:33
2. Töck’s Taunt – Loke’s treachery part II 5:58
3. Destroyer of the universe 3:41
4. Slaves of fear 4:25
5. Live without regrets 5:03
6. The last stand of Frej 5:37
7. For victory of death 4:30
8. Wrath of the norsemen 3:44
9. A beast am I 5:14
10. Doom over dead man 5:55

Dodatkowe informacje o wydaniu:
Grube pudełko o niestandardowych wymiarach (jest nieco większe od typowego) dwudziestoośmiostronicowa książeczka ze wszystkimi tekstami.

Mister Night – Hej, kochanie

Posted in Analiza i intepretacja tagi , , , on Grudzień 8, 2011 by Kryniu

Mister Night – Hej, kochanie

Hej, kochanie (x2)

Gdy chata jest wolna, pomysłów mam sto
Rozkręcam imprezę sąsiadom na złość
Ktoś muzę zapoda, napełni ktoś szkło
(Ej, cisza za ścianą!) lecz wali mnie to

Ja lubię balety i młode kobiety
Znam grzeszny życia smak
Gdy któraś mnie kręci, to nabieram chęci
Nie rzucam słów na wiatr

Ref: Hej, kochanie. mam ciebie dzisiaj w planie
Hej, kochanie, nie będzie źle
Hej, kochanie, co ma się stać, się stanie
Hej, kochanie, proszę, tylko nie mów…
Hej, kochanie. mam ciebie dzisiaj w planie
Hej, kochanie, nie będzie źle
Hej, kochanie, co ma się stać, się stanie
Hej, kochanie, proszę, tylko nie mów nie

Mam swoje zasady miłosnej tej gry
Gdy laskę namierzę, to spełniam jej sny
Przenikam i znikam, gdy nastaje świt
Znów nocą powrócę, by szczęście dać Ci

Ja lubię balety i młode kobiety
Znam grzeszny życia smak
Gdy któraś mnie kręci, to nabieram chęci
Nie rzucam słów na wiatr

Ref: Hej, kochanie… (x2)

Proszę, tylko nie mów „nie” (x3)

Było już o Staszewskim, było też o Chylińskiej i Łaszczoku. Teraz przyszła kolej na pana, którego nazwisko nie jest mi znane, więc nie dam rady go w tym znamienitym ciągu wymienić. Mogę tylko, a właściwie muszę, dodać, że owym panem jest Mister Night.

Nasz dzisiejszy bohater, jak możemy się zorientować, słuchając powyższego utworu, tworzy muzykę discopolową. Nie oznacza to, że posłuchamy tego, co ma nam do powiedzenia, z uśmiechem politowania na ustach lub co gorsza, z zupełnie niepoważnym i lekceważącym podejściem. Tak robić nie wolno, bowiem bardziej niż sam artysta i jego sztuka moglibyśmy ucierpieć my sami, co postaram się ponad wszelką wątpliwość dowieść.

Zacznijmy od ogółu i zadania sobie fundamentalnego pytania: o czym jest ten tekst? O zabawie? O uciechach ciała? O nocnym życiu? O krótkotrwałych relacjach damsko-męskich? Nie, nie, nie i jeszcze raz nie. To jest piosenka o jedzeniu. Smutna piosenka, warto od razu zaznaczyć.

Dlaczego smutna i w dodatku o jedzeniu? A dlatego, że dotyczy konkretnego problemu: zaburzenia odżywiania, przypuszczalnie bulimii. To dość śmiałe stwierdzenie, gdyż z powierzchownego odczytania tekstu wynika coś innego. Ale popatrzmy: podmiot liryczny na pewno nie mieszka sam, a jedynie bywa pozostawiany w domu bez opieki („gdy chata jest wolna”), więc nic nie zabrania nam powiedzieć, że na co dzień towarzyszy mu rodzina, która stara się go pilnować i wspomagać w walce z chorobą. A gdy stanie się tak, że towarzyszą mu wyłącznie cztery ściany, co zapewne ma miejsce w ostateczności…

Wtedy hamulce puszczają. Już nie trzeba siedzieć nocą w kuchni oświetlonej jedynie blaskiem lodówkowej żarówki, pakując w siebie utęsknione – z niecierpliwością, zachłannie, ale też z wręcz religijnym namaszczeniem – wszystko to, co namierzy na skąpanych w bladym świetle półkach, i co jest możliwie najbardziej kaloryczne. Teraz można sobie pofolgować.

Cały ten niecny proceder odbywa się pod pozorem imprezy, choć i bez tego jest on swoistą imprezą, czymś wyjątkowym, świętem, które trzeba celebrować, nadać mu odpowiednią otoczkę. Ktoś włącza muzykę, ktoś napełnia szkło… Kto? Nasz podmiot naturalnie, wszak nikogo z nim nie ma. Czy robi to w jakimś celu? Tak, muzyka ma zagłuszyć odgłosy wymiotowania, a jeśli chodzi o szkło i jego napełnianie, to przecież w parze z nieumiarkowaniem w jedzeniu musi iść nieumiarkowanie w piciu. Czegokolwiek, jakkolwiek.

Gdy jednak dzień nie różni się niczym od innych, a wokół kręcą się domownicy, podmiot liryczny oddaje się w pełni snuciu fantazji na temat tego, co będzie robił, gdy zapadnie zmrok, a o czym już powiedzieliśmy. I tak do rana („przenikam i znikam, gdy nastaje świt”).

Tylko co z baletami i młodymi kobietami, o których w tekście mowa, a co jak się zdaje, uparcie usiłuję przemilczeć? Można do tego podejść dwojako: albo odczytując wers „ja lubię balety i młode kobiety” w oderwaniu od całości, jako niemającą nic wspólnego z zasadniczą treścią utworu informacją, która ma wytworzyć szum i zepchnąć nas ze ścieżki interpretacyjnej, którą obraliśmy, albo uznając słowa „balety” i „kobiety” za pewne uniwersalne figury, przywołujące skojarzenia z hedonizmem, chwilą szaleństwa, bezrefleksyjną zabawą, czyli z kwestiami indywidualnymi. Nie każdy przecież upatruje przyjemności w tym samym…

Został nam refren. Jest on pełen bezpośrednich zwrotów do kogoś, kto nie został skonkretyzowany („kochanie”), ale można się domyślić, że chodzi o produkt spożywczy, najpewniej wędliniarski. Podmiot liryczny łączy z nim stosunek emocjonalny, pewna więź uczuciowa, na co dowodem jest nie tylko sam poufały zwrot, ale także wyodrębnienie owej szynki/kiełbasy/co-to-tam-jeszcze-może-być z całego szeregu podobnych przysmaków. Niby mamy abstrakt, ale konkret, tyle że abstrakcyjny.

Na tym nie koniec osobliwości. Cóż, powiedzmy, że zwracanie się do tego, co za chwilę się zje (cokolwiek by to nie było) per „kochanie” można jeszcze uznać za akceptowalne, a przynajmniej społecznie nieszkodliwe. Sprawa się nieco komplikuje, jeśli przyjrzymy się bliżej relacji konsument-produkt spożywczy.  Nie dość, że ten pierwszy nie wydaje się być w niej uprzywilejowany, to w dodatku to, co zjadane, jest dowartościowane, wyniesione, a sama konsumpcja staje się czymś, co niesie spożytemu spełnienie (snów).

Dobrze chociaż, że podmiot liryczny wie, iż nie spotka się z odmową. Pozwala to założyć, że jego jedyną poważną chorobą o podłożu psychicznym jest ta, na temat której opieram swój zasadniczy wywód. Ale z drugiej strony patrząc, to wiedząc, że kiełbasa/szynka/golonka etc. nie przemówi do niego z trwogą połączoną z dezaprobatą i nie zabroni mu siebie zjeść, będzie swawolił do woli (a raczej do wyczerpania zapasów) i jego stan tylko się pogorszy…

Jak widzimy, wesoła muzyka o walorach tanecznych niekoniecznie musi być uboga w treść i być użyteczna jedynie jako tło do beztroskiej, zakrapianej alkoholem zabawy. Stereotypy zawsze są krzywdzące, ale też nie musimy, kajając się, przedkładać teraz disco polo ponad wszystko inne. Wystarczy, że usiądziemy, posłuchamy i pomyślimy.

PS: Nie musiałbym się męczyć, gdyby ten utwór nosił tytuł, dajmy na to, „Oda do kiełbasy”.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.