I tak oto udało mi się dotrzeć do ostatniego wpisu w tym cyklu, i żeby się z nim długo nie żegnać, będę się streszczał.
Lana Del Rey, drugi (i najlepszy z dotychczasowych), tytułowy, singiel z płyty “Born to Die”. Nie pamiętam, kiedy ostatnio słyszałem tak dobrą piosenkę z nurtu mainstreamowego popu.
Wiosna ’99, pewnie maj, wyjazd z klasą do ośrodka bez klasy, gwiazdek i prawie że bez toalet nawet. Morze, powietrze podobno świeże i zdrowe… Odpoczynek, czasem trochę jakby zbyt aktywny, ale jednak. Oprócz przymusowych marszobiegów po plaży o świcie, paskudnego jedzenia, obskurnego miejsca, w którym przyszło nam przebywać przez bite dwa tygodnie i ogólnej nieekskluzywności tak zwanego wypoczynku przytrafiła się gdzieś tam po drodze dyskoteka. Taka zupełna przaśna, na której w dodatku obecność była obowiązkowa.
I kto nie chciał po dobroci, ten poszedł z musu. Nie pamiętam, jakie argumenty padały. I choć nie wydaje mi się, by były nieodpowiednie, to z pewnością okazywały się odpowiednio mocne, przez co krzesełka w przybytku, w którym owe hulanki, tańce i swawole miały miejsce, były silnie obsadzone. Sam jedno zająłem i podobnie jak moi koledzy, nie dałem się z niego zdjąć dopóty, dopóki ktoś, kto o nas decydował, uznał, że wystarczająco długo psujemy zabawę pozostałym.
Może to była ta pani, która zajmowała się rytmicznym gaszeniem i zapalaniem światła, mającym budować klimat wspólnej zabawy w pląsanie i dąsanie?
Pewnie poniższy utwór popłynął tamtego wieczoru z głośników.
Chciałbym umieć grać ładne piosenki: takie akustyczne, folkowe. Miałem pewne wprawki, coś tam mi wychodziło, ale i tak lepiej było odtworzyć tę muzykę w normalny sposób niż odtwarzać ją samemu, własnymi rękoma.
Z poniższą kompozycją się nie mierzyłem, ale to jedna z tych, które dobrze by było umieć zagrać.
Moja przygoda z “graniem” muzyki zaczyna się i kończy na zdzieraniu sobie naskórka z palców przy próbach zagrania czegokolwiek na gitarze. Może już właściwie o nich mówić w czasie przeszłym, bo i zapału mi brakowało, i przede wszystkim umiejętności.
Ale riff z “Taty dilera” odegrać umiem. I cóż z tego, że pewnie każdy, kto umiałby utrzymać w rękach gitarę, nauczyłby się tych pięciu (a właściwie, jeśli mnie pamięć nie myli, czterech, bo jeden się powtarzał) dźwięków.
Z piosenkami, które mogą rozbawić, jest chyba trochę jak z dowcipami: śmieszą za pierwszym razem.
Nie oznacza to, że tracą one zupełnie swój humorystyczny walor, po prostu znika efekt niespodzianki. Słuchając “Szatana” Kur, choć puentę znam i nie wybuchnę za każdym razem śmiechem, nie jestem w stanie zachować pełnej powagi.
“Oto nadciągają cumulusy
Chyba rozumiesz, co to znaczy”
Nie to, że chcę, bo raczej (siłą rzeczy) będzie to dla mnie obojętna kwestia, ale jeśli miałbym coś wybrać/zasugerować, to byłby to właśnie poniższy utwór.