Opeth – Heritage (2011)
Opeth – Heritage
Słuchając tej płyty po raz pierwszy, a właściwie inaugurując jej odsłuch, powiedziałem sobie w duchu, racząc się fortepianowym wprowadzeniem do całości, że to nie będzie zła płyta. Nie może być, skoro zaczyna się w taki sposób. Ale czy na pewno? Czy może czas i kolejne zetknięcia z tym krążkiem pozwoliły mi na zrewidowanie pierwotnej, praktycznie niczym niepopartej opinii, będącej w gruncie rzeczy jedynie przewidywaniem? Postaram się na te pytania, także sobie, odpowiedzieć poniżej.
Tytuł płyty, “Heritage”, (“dziedzictwo”), po skonfrontowaniu z jej zawartością, jest wyraźnym sygnałem, że grupa nawiązuje do spuścizny muzycznej lat 60. i 70. XX wieku, do zespołów grających w owym czasie rock progresywny; Na ten temat szerzej mogliby się wypowiedzieć muzycy zespołu, podając źródła inspiracji, od siebie mogę rzec, że słychać tu chociażby Jethro Tull czy może nawet Pink Floyd, ale pewnie każdy wychwyci co innego – chodzi tylko o pewne kanony. Nie byłoby w tym nawiązywaniu nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że Opeth to grupa deathmetalowa, choć w przeszłości przytrafił jej się album stonowany, wyciszony, charakteryzujący się podobnymi odniesieniami, choć inny – przede wszystkim prostszy i bardziej, jeśli wolno tak rzec, skondensowany – od opisywanego. Mowa o “Damnation” z 2003 roku, dla niektórych być może jedynej w całości strawnej płycie Szwedów.
Panowie nawiązują także do własnego dziedzictwa, powołując się słabiej (poprzez przywoływanie skojarzeń jedynie na poziomie klimatu poszczególnych kompozycji bądź ich fragmentów) lub mocniej (za pomocą niemal bezpośrednich, choć mimo wszystko subtelnych, przynajmniej w moim odczuciu, cytatów) na swoje kompozycje z poprzednich płyt. To wskazuje na to, że Opeth nie odciął się zupełnie od tego, co dotychczas stworzył, nie przekreślił własnych dokonań i nadal duch przeszłych dokonań jest w muzyce zespołu obecny, nawet jeśli ona sama uległa zmianie, której kosmetyczną nazwać nie sposób, bo od death metalu do rocka droga jest dość daleka, nawet jeśli oba gatunki opatrzyć przymiotnikiem “progresywny”.
Jest jednak pewien zgrzyt, i to dość poważny. Mam na myśli dynamikę, a raczej jej brak, który nie jest słyszalny praktycznie tylko w jednym utworze – w dedykowanym zmarłemu w tym roku Ronniemu Jamesowi Dio, wokaliście Black Sabbath, “Slither”, co nie oznacza, że pozostałe utwory są mdłe, złe, nijakie i nudne. Można powiedzieć, że opisywana przypadłość to nic nowego dla Opeth, ale dopóki zespół bazował na opozycji ciężar-delikatność, “przykrywając” owe niedostatki deathmetalowymi riffami i piekielnym growlingiem, dopóty nie przykuwało to uwagi. Teraz, gdy zostały one zastąpione prog- czy hardrockowymi,i rytm, motoryka i naprawdę spory talent perkusisty (nawet i basisty – niech będzie), którego gra jest wręcz ozdobą albumu, na niewiele się zdają, bo nie rozwiązują opisywanego problemu. Zresztą pewnie trochę przesadzam.
Jeszcze jedna sprawa: budowa kompozycji. Wiadomo, że nie jest ona najprostsza, to się zresztą chwali, tyle tylko, że czasem poszczególne części utworów nie wynikają z siebie nawzajem, nie są logicznym następstwem poprzednich, sprawiają wrażenie losowych, nie kleją się, mówiąc kolokwialnie, nawet jeśli wszystkie są na wysokim poziomie (vide środkowa część “Häxprocess”, druga połowa “Folklore” czy końcówka “Slither”).
Czy moje pierwsze przekonanie, wysłowione we wstępie, okazało się nietrafione? Chyba nie do końca, bo to naprawdę nie jest zła płyta, choć takie można odnieść wrażenie, czytając to, co o niej napisałem. Nie jest to też płyta bardzo dobra, a takie Opeth ma w swojej dyskografii. Żaden ze mnie ortodoks, żeby wytykać zespołowi zmianę stylistyki i z powodu owej zmiany kręcić nosem. Tym bardziej że obrany kierunek zdaje się nie prowadzić na mieliznę, lecz ku nowym lądom, które warto eksplorować w przyszłości. Oby tylko z mniejszą niepewnością, bez strachu i z wyobraźnią. A tymczasem mogę jedynie stwierdzić, że nieprzeciętny zespół nagrał raczej przeciętną płytą, na której momentami słychać, że nie mamy do czynienia z byle jakimi grajkami.
Ocena: 7/10
PS: W wydaniu cd+dvd na “nadprogramowym” krążku znalazły się dwa dodatkowe utwory: “Pyre” i “Face in the snow”. Pierwszy mógłby się spokojnie znaleźć na wspomnianym już albumie “Damnation” z 2003 roku, a drugi to w moim odczuciu cieplejsza, bardziej “kolorowa” wersja “Isolation years” z “Ghost Reveries” (2005). Krótko mówiąc, oba są bardzo dobre i chyba tylko dlatego nie znalazły się w regularnym zestawie, że nie pasowały do reszty kompozycji.
Lista utworów:
1. Heritage 2:05
2. The devil’s orchard 6:39
3. I feel the dark 6:40
4. Slither 4:02
5. Nepenthe 5:39
6. Häxprocess 6:57
7. Famine 8:31
8. The lines in my hand 3:48
9. Folklore 8:19
10. Marrow of the earth 4:18
+ (dvd)
11. Pyre 5:34
12. Face in the snow 4:04
Dodatkowe informacje o wydaniu:
Digipack, dwunastostronicowa książeczka ze wszystkimi tekstami (prócz tekstów utworów dodatkowych), trójwymiarowa okładka.

Styczeń 13, 2012 @ 12:15 am
Recenzja to nie jest “odpowiadanie sobie później”.Pianinem,może także napocząć się preludium do Szopenowskiego 15.No 3.In G minor,a jednak może być słabe.Moją opinią jest “Płyta jest średnia,mogli lepiej,menadżer chodził jak na szpilkach jak by kazali to i by zatańczył.:”. Dlatego uważał płytę za słabą.Koniec.
Styczeń 13, 2012 @ 11:43 am
Nie można uważać czegoś jednocześnie za średnie i słabe (chyba że tę drugą opinię “wypowiada” menadżer – wtedy będzie to tylko głupie). Poza tym ciekawe spostrzeżenia, ale to, co piszę, będzie tym, czym chcę i jak chcę, niezależnie od tego, jak wyglądają wyznaczniki gatunkowe, które nawiasem mówiąc, nie są mi obce (w tym tekście daleko od nich, jak myślę, nie odbiegłem), bo produkuję się tu tak, jak mi się podoba. A ze wstępem chodziło mi raczej o to, co być może okazało się zbyt trudne do wychwycenia, że uważam go za bardzo dobry. I niekoniecznie ma znaczenie to, na czym został zagrany. Ale dziękuję za spostrzeżenia, czas i uwagę.