Ulver – Wars of the Roses (2011)

Ulver – Wars of the Roses

Wilki powróciły po prawie czterech latach milczenia i nieobecności na rynku wydawniczym. Być może tak długa przerwa między kolejnymi studyjnymi wydawnictwami była spowodowana wznowieniem w międzyczasie, po ponad dekadzie przerwy, działalności koncertowej, ale to nie czas na snucie takich przypuszczeń, więc do rzeczy.

Wydanie nowej, ósmej w dorobku Norwegów płyty (nie licząc epek i ścieżek dźwiękowych do filmów “Lyckantropen” oraz “Svidd neger”) poprzedził singiel “February MMX” który nieśmiało sugerował sympatykom zespołu, by ci przygotowali się na kolejną zmianę muzycznej stylistyki, w obrębie której tworzą ich ulubieńcy. Akurat w tym przypadku byłbym bardziej zdziwiony jej brakiem, więc to, że panowie skręcili z mrocznej, ascetycznej, wysublimowanej elektroniki w kierunku czegoś, co można by nazwać rockiem, przyjąłem za coś oczywistego, naturalnego.* Może tylko z tradycyjną budową tego utworu (zwrotka-refren-zwrotka-refren) miałem kłopot, ale przecież pojedyncze kompozycje tego typu już na kilku poprzednich płytach zespołu dało się odszukać, więc w końcu do tego przywykłem i utwór mi się spodobał.

Oczywiście okazało się, że to nie koniec niespodzianek, a wypuszczenie singla było zagraniem przewrotnym, może w pewnym sensie komercyjnym (choć szczerze mówiąc, w żadnych mediach tego utworu nie słyszałem), bo jest on niereprezentatywny dla całości materiału, bowiem pozostałe kompozycje ani nie są tak chwytliwe (choć zachowują pewną specyficznie pojmowaną przebojowość), ani “piosenkowe”. Zresztą w ogóle trudno, jak to w przypadku tego zespołu już jest, o jednoznaczną klasyfikację gatunkową muzyki, jaką wykonuje na “Wars of the Roses”. Jak ją bowiem nazwać? Art rockiem? Rockiem eksperymentalnym? Ambientem? Dark ambientem? Muzyką elektroniczną?  A może lepiej porzucić próby szufladkowania i zacząć słuchać muzyki?

A ta, niezależnie od gatunkowego sklasyfikowania, niewątpliwie zasługuje na uwagę. Tym razem zespół poszedł w kierunku bardziej organicznego i mniej skomplikowanego grania (czyżby wpływ koncertów?), choć nadal nie jest ono lekkie i łatwe, a jedynie przyjemne, jeśli się mu (dłuższą) chwilę poświęci.

Dwa słowa o partiach wokalnych. Stoją one na naprawdę wysokim poziomie, do czego zresztą zdążyłem się już przyzwyczaić, a ponadto ułożono im często naprawdę urokliwe melodie (“September IV”, “Island”), a nawet rozpisano je na trzy głosy (“Providence” z gościnnym udziałem znanego z blackmetalowego Mayhem Attili Csihara i Siri Stranger, która wcześniej współpracowała z zespołem, nagrywając z nim cover “Thieves in the temple” Prince’a na kompilację poświęconą temu artyście). Krótko podsumowując, do strony wokalnej albumu nie mam najmniejszych zastrzeżeń.

Warto odnotować, że zespół ponownie wziął na warsztat literaturę i jej “umuzycznianie”. Tym razem, po “Zaślubinach nieba i piekła” Williama Blake’a i wierszu “Christmas” Fernanda Pessoi, przyszła kolej na poemat “Stone angels” amerykańskiego pisarza Keitha Waldropa. Recytacji, której podjął się nowy “nabytek” grupy, Daniel O’Sullivan, towarzyszą urokliwe, “płynące” ambientowe tła, przerywane niekiedy przeszywającymi dźwiękami klarnetu. I szkoda, że ta kompozycja trwa tylko kwadrans, a nie dłużej…

Wbrew temu, co sądzą i powiadają niektórzy, uważam, że płyta jest naprawdę dobrze wyprodukowana i brzmi tak, jak powinna: przyjemnie, “miękko”, ale też nie tłamsi przejawów szaleństwa zespołu, nie poskramia żywiołu improwizacyjnego, a także nie zmniejsza sugestywności i nie wpływa negatywnie na klimat ilustracyjnych, darkambientowych fragmentów materiału, których jest naprawdę dużo, może nawet za dużo.

Czegoś w tym wszystkim jednak brakuje: ładunku emocjonalnego, siły oddziaływania na słuchacza. Poprzedni album grupy, “Shadows of the Sun” z 2007 roku, pewnie jeszcze długo, a być może na zawsze pozostanie dla mnie jednym z najpiękniejszych i najbardziej poruszających kawałków muzyki, z jakim miałem możliwość się zetknąć, do którego w dodatku wracam z przyjemnością i bez cienia znużenia po przeszło setce odsłuchań. Nie wiem, jak będzie w przypadku “Wars of the Roses”, ale obawiam się, że nie ma tu tego „czegoś”, co nie pozwalałoby słuchaczowi zapomnieć o tej muzyce, co kazałoby mu do niej ciągle wracać i nie dopuścić do tego, by płyta kurzyła się na półce.

Ulver strącił poprzeczkę, którą zawiesił sobie ostatnimi dwiema-trzema płytami, to i tak cieszę się, że nie przefrunął pod nią. I cóż z tego, że strącenie było wyraźne, że sporo brakowało do tego, by ją przeskoczyć – tak po prostu bywa, gdy atakuje się rekordowe wysokości. Jestem przekonany, że to podejście nie było ostatnie, i że następnym razem może się udać.

Słowem: bardzo dobry album. “Tylko” bardzo dobry. I być może najgorszy (!!) w dorobku zespołu…

Ocena: 8/10

* Twórczość zespołu obfituje w tego typu “zakręty”, często ostrzejsze niż ten opisywany.

Lista utworów:
1. February MMX 4:09
2. Norwegian gothic 3:35
3. Providence 8:12
4. September IV 4:39
5. England 3:57
6. Island 6:05
7. Stone angels 14:52

Dodatkowe informacje o wydaniu:
Opakowanie plastikowe, dwudziestostronicowa książeczka ze wszystkimi tekstami (dotyczy wersji uboższej).

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.