Sierść – It’s Easy (2016)

Posted: Sierpień 28, 2016 in Muzyka
Tags: ,

sierść

Nadal nie polubiłem pisania wstępów – ani nie nabrałem w tym wprawy – więc na początek garść informacji. Warszawski zespół Sierść gra black metal (koniec informacji). Oczywiście ktoś, kto traktuje ten termin z zupełnie niepotrzebną powagą, zawierając w nim „wartości” i „idee” pozamuzyczne, będzie się obruszał i nigdy na to ni nie przystanie, bo „hype”, „hipsterstwo” i coś-tam-coś-tam, ale nie o tym chciałem napisać, a wprowadzenie jest już wystarczająco długie.

Trochę to dziwne, bo mamy do czynienia z graniem… po bożemu. Jak trzeba, to przyśpieszą, jak trzeba, to zwolnią, złowieszcza atmosfera, trochę w duchu nowych kapel z Islandii (choć to skojarzenie jest tylko skojarzeniem), jest wyczuwalna. Oczywiście ktoś, o kim mowa w pierwszym akapicie, spojrzy na okładkę i nie będzie dyskusji, choć powiedziałbym, że jest prawie jak ta z „Esperalem tkane” Odrazy, tylko lepsza. I muzyka lepsza.

W ogóle ciekawa sprawa z tą płytą, bo ubiegłoroczną „Sierść Sierść Sierść” oczywiście znam, a „It’s Easy” brzmi tak, że gdyby zmienić wokale na „normalne” (już nie są „japońskie” – jak wtedy – ale nadal pozostają osobliwe, nawet w obrębie gatunku), zarysować choćby szkielet kompozycji, kontur, zasygnalizować piosenkowość, pokusić się o napisanie jakichś zalążków tekstów, może delikatnie „ocieplić” brzmienie, toby wyszła Złota Jesień. Mimo że na debiucie też było sporo… hałasu, tam czegoś podobnego nie wyłapałem. Wprawdzie wyliczanka jest długa, więc może się wydawać, że to tak, jakby powiedzieć, że gdyby w słowie „bóg” kilka liter dodać, kilka zmienić, kilka przestawić, to wyjdzie „diabeł”, ale to nie tak, bo podobieństwo łatwo wychwycić. Naturalnie trudno rozpatrywać to jako wadę, skoro Złota Jesień jest git. Ta – powiedzmy – prawdziwa, powoli nadchodząca, również.

Skoro już w myślach pojawiają się ozłocone korony drzew, płonące liście, które stygną na wietrze, to śpieszę donieść, że na nowej płycie Sierści lasu oczywiście nie ma, mimo że jeden z utworów nosi tytuł „W lesie” (jednakże uczciwie przyznaję, że dawno, oj dawno tam nie byłem, więc nie wiem, nie jestem zorientowany, może coś się zmieniło), ale mamy rok dwa tysiące szesnasty, a nie tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty pierwszy. Dlatego można się co najwyżej pogniewać na kalendarz.

Ten sam, w którym odnotuję sobie „It’s Easy” jako jedną z najciekawszych polskich płyt ostatnich – jak na razie ośmiu – miesięcy.

Jeśli ktoś chciałby posłuchać, to myślę, że nikt się nie pogniewa – proszę.

Kolejne trzy płyty z krajowego podwórka. Może nie są to nowości, ale zostały wydane w tym roku. Co więcej napisać?

Król – Przez sen
król

Na początku myślałem, że wspomnę o tej płycie krótko, bez emocji: ot, że mi się nie podoba, tak po prostu, bo są takie płyty, które się tak po prostu nie podobają i można powiedzieć o nich tylko tyle, że… są. Przez pierwsze cztery utwory utwierdzałem się w owym przekonaniu, aż tu nagle, w środku całości, przy „Dla zabawy”, coś zakłuło w środku, mimo sennej atmosfery obudziłem się i coś obudziło się we mnie. Wersy zatraciły przezroczystość, przestałem czuć, że zostały wygenerowane na podstawie kilku słów-haseł przez jakąś maszynę, że to znów ta cała alternatywa, którą w niewielkiej dawce można przyjąć najwyżej wzruszeniem ramionami, a w większej lekko irytuje. Co ciekawe, to nie tak, że artyście udał się – jakby przypadkiem – jeden utwór, bo kolejny („Jedno z nas”) jest bodaj jeszcze lepszy, naprawdę może dotknąć, i to… dotkliwie, a poprzeczka, mimo że od tej pory zawieszona całkiem wysoko, do ostatniego podejścia, do „Snu 49”, tylko drży, słabiej lub mocniej, ale nie zostaje strącona. I tylko szkoda niemrawego początku. Na szczęście wynagradza je równie niemrawa – ale jakże inaczej! – reszta.

LOTTO – Elite Feline
LOTTO

Można posłuchać przez pięć minut, pójść zaparzyć sobie herbatę, wrócić po kwadransie i niewiele – jeśli w ogóle – się straci. Trafimy na drugi utwór. I możemy procedurę powtórzyć. I nie to, że muzyka jest zła czy nudna, bo nie jest (chyba że ktoś chce, by taka była i się uprze), ale snuje się tak, jak się snuła, uparcie i nieprzerwanie. Przywołuje to (szczególnie „Pointing to a marvel”) skojarzenia z Bohren and the Club of Gore. Z tą różnicą, że chyba jest tu trochę naturalnego światła.

Tides From Nebula – Safeheaven
tides from nebula

Nie wdając się w szczegóły, w ostatnim czasie mogłem się przekonać – poprzez zestawienia dwóch podobnych talentów i skrajnie różnych osobowości – że by wyrażać cokolwiek poprzez formy artystycznego wyrazu, nie wystarczy być niezwykle uzdolnionym, i to w dowolnej dziedzinie, bo dzieło zionie pustką: szkice stają się mozaiką wytartych symboli, które uparcie nie chcą nic znaczyć, słowa zioną niepalącą pustką, jakby pochodziły znikąd i donikąd trafiały, mimo że ułożone z niezwykłą lekkością i wprawą, głos staje się zlepkiem ładnie brzmiących dźwięków… Trzeba mieć coś w sobie, i coś… do wyrażenia, by wypowiadanie nie stało się zwyczajnym mówieniem, by zawrzeć w tym coś własnego i jedynego… I z „Safeheaven” jest podobnie. To post-rock bez duszy, najprościej rzecz ujmując. Dobrze zagrany, według przyjętych kanonów, ale odnoszę wrażenie, że już to wszystko wielokrotnie słyszałem wcześniej.

Myrkur – Mausoleum (ep) (2016)

Posted: Sierpień 22, 2016 in Muzyka
Tags:

myrkur1

19 sierpnia, nakładem wytwórni Relapse Records, ukazało się „Mausoleum” – trzecie w karierze, po imiennej epce i ubiegłorocznej płycie „M”, wydawnictwo Dunki Amalie Bruun nagrane pod szyldem Myrkur.
To z pewnością jedna z istotniejszych premier fonograficznych tego lata. O artystkę zapytaliśmy Marka, muzykującego melomana. Spotykamy się z nim w jednej z popularnych kawiarni. – Dużo mleka, dużo cukru – mówi, składając zamówienie. Rozpoznaję cytat, co komunikuję porozumiewawczym spojrzeniem.
– Pierwsza epka i pełna płyta to dobre materiały, tak? Surowe, ekstremalne, ale niepozbawionego typowo kobiecego uroku i lekkości. Mieszczą się w kanonie nowoczesnego black metalu i z pewnością warto je znać.
Marek odpina guzik kraciastej, flanelowej koszuli. Środek lata. Parno, duszno – nawet w klimatyzowanym pomieszczeniu. Po chwili ciszy kontynuuje.
– Natomiast sam nie słucham zbyt często tak bezkompromisowej muzyki. Generalnie jestem takim troszkę patriotą, wolę raczej naszych artystów, Polaków, prawda, Słowian. Takich wrażliwych na słowo, na przykład Skubasa, Limboskiego czy Korteza, z ostrzejszych klimatów Organka, ale mam otwartą głowę, bywam w przysłowiowym towarzystwie, więc i staram się być na bieżąco.
Pijemy kawę. Swobodnie i miło rozmawiamy. Wreszcie przypominam sobie, że miałem spytać o nową epkę Myrkur, co niezwłocznie czynię, zanim znów zapomnę.
– Czy ja wiem… – Marek podpiera głowę ręką, gładzi starannie wymodelowaną brodę. – Włączyłem, słuchałem, tak? Zapomniało mi się, że leci i nawet spojrzałem przez okno, czy jakaś procesja, nie, idzie, może święto jakieś… A to Myrkur.
Tu urywa. Sięga do kieszeni rurek po portfel, który kładzie na stoliku.
– Wiadomo, „Sunbather” to biblia, a Deafheaven są bogami ekstremalnej muzy, właściwie tylko Watain zbliża się do tego poziomu, ale i Amalie dawała radę. Nie wiem, co jej się stało. Owszem, nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki, ale te aranże pasują do Amalie jak wół do karocy. Granie dla bab. Starych bab – kończy, wyraźnie poirytowany.
Wychodzimy, ja dwa kroki za moim rozmówcą, z lokalu, na rynek. Zatrzymuję się przy witrynie, a Marek po chwili znika, zupełnie bez słowa, za jedną z kamieniczek.
Co mogę dodać? Zostawiam to wszystko do państwa sprawiedliwej oceny.
***
Droga Amalie,

minęło trochę czasu, odkąd po raz ostatni usłyszałem Twój głos. Piszę „po raz ostatni”, bo może wtedy tak miało być, nie wiem. A może miało być tak jak teraz, gdy choć może nie zmądrzałem, to jednak jestem mądrzejszy. Dlatego mogę powiedzieć, że miło Cię usłyszeć. Znów, mimo wszystko znów, choć wcześniej tylko słuchałem. Dziś słyszę.

Wracam do Twoich wcześniejszych nagrań, żeby lepiej Cię poznać, zobaczyć, jak się zmieniłaś, dostrzec, co przegapiłem. choć mój powrót wyjątkowo nie wynika z sentymentu. Zwyczajnie nie wiem, jak to możliwe, że wcześniej… nic, że dopiero teraz, że tak bardzo… I nie broniłem Cię przed tymi, którzy wyśmiewali, nie chcieli traktować poważnie, może po cichu, w myślach, przyznawałem im rację…

Dałem się zwieść – teraz pozwalam się urzec. Widocznie ktoś z nas nie był sobą. Albo tak jak pewne uczucia w nas dojrzewają, tak my musimy dojrzeć do pewnych uczuć.

Patrzę na swój komentarz dotyczący Twojej debiutanckiej płyty. Zacytuję.

Pomysł wskrzeszenia ducha „Bergtatt” nie wydaje się zły. Problem w tym, że zupełnie nie wiadomo, po co słuchać „M”, skoro jest debiut Ulvera. Poza tym, jeśli już pani Amalie Bruun chciała wyznać miłość Garmowi, to mogła to zrobić w inny sposób.

Zatem… może to zazdrość? A może chodziło o to, ze reszta materiału nie była tak dobra jak „Onde børn”, czyli takie  „I troldskog faren vild” dwadzieścia lat później? Nie rozstrzygnę tego. Zamiast wszystko przekreślać, lepiej to, co było, oddzielić grubą kreską od tego, co jest i może być.

Przepraszam, że tak krótko, ale prawdę mówiąc, zaparło mi dech.

Nawrócony Słuchacz
***
Zgłupiałem. Całkowicie. Nie wiem, czy to wszystko, co wcześniej (i być może co później, bo jak znam życie, to tylko jednorazowy eksperyment, niestety), było żartem, czy to taka oznaka ponowoczesności, bo przecież hasło one-woman band i przypięta muzyce kruchej blondynki łatka „atmospheric black metal” muszą jeśli nie przyciągać, to przynajmniej frapować

Gdy się te piosenki odarło z metalowych łachmanów, w których prezentowały się cokolwiek groteskowo, i pokazało światu takimi, jakie są i być powinny, w zwiewnych darkfolkowych szatach, zachwycają. A Amalie śpiewa tak, że… Och. To nie nowość, ale wcześniej patrzyło się na to inaczej, a próby krzyku/skrzeku były groteskowe, budziły politowanie. To się po prostu, mówiąc kolokwialnie, nie trzymało kupy, zupełnie, ale porównywać te dźwięki, siłą rzeczy, można było tylko z dokonaniami innych przedstawicieli gatunku, a człowiek nie wiedział, że coś tu nie gra. To jakby taka Lana Del Rey śpiewała na tle bzyczących gitar i postukującego automatu perkusyjnego, w ten sposób objawiając światu swój talent.

Jak nie docenić „Mausoleum”? Jak nie uznać tego, co wcześniej, za niebyłe? Przecież jeżeli babka bierze na warsztat „Song to hall up high” Bathory, utwór fenomenalny i wydawałoby się nie do ruszenia, i robi z nim coś takiego, że gdy wracam do oryginału, to prawie każdy dźwięk wydaje mi się nietrafiony, zafałszowany, a patos drugiej części  – dość… banalny, to… Nie no, zgłupiałem, naprawdę zgłupiałem. Dlatego włączam po raz kolejny wersję Myrkur, jakby stworzoną specjalnie dla niej, przepiękną, o wiele bliższą mojej wrażliwości, i jestem szczerze poruszony, a tamta właściwie… nie istnieje.

Pozostałe osiem kompozycji to autorskie rzeczy, odświeżone i zaprezentowane na nowo. Nie miałem pojęcia, że są tak dobre. Umknęło mi multum urzekających melodii, nie doceniłem cudnego głosu… Amalie, nie można było tak od razu?

Wprawdzie na jesień zapowiedziano sporo ciekawych płyt, więc wiele może się zmienić, ale jak na razie „Mausoleum” jest moim ulubionym tegorocznym wydawnictwem. Poza tym to świetny ruch, bo jeśli są osoby, które odstręczała wcześniejsza muzyczna otoczka, to teraz mogą wrócić, a twardogłowi metalowcy nie będą mieć powodów (ani argumentów), by zrównać tę epkę z ziemią. Zresztą jak się komuś nie podoba, to… Ale co tu się może nie podobać, no co? Jakby Vàli przygrywał Kari Kari Rueslåtten, to też by się komuś nie podobało?

Nie musi przygrywać, skoro jest „Mausoleum”. I szkoda, że trwa tylko niespełna pół godziny…

Minął rok, właściwie jeszcze nie zdążyłem ochłonąć po poprzedniej płycie, i wrócił Afrojax, Legendarny Afrojax, by potwierdzić (?!), że zasłużył na przydomek artystyczny, który sobie nadał. No, może czyni to z innych pobudek, ale tytuł – jak to tytuł – należy wziąć w cudzysłów. Wrócił i tym razem atakuje (i tym razem atakuje!), bo tak to trzeba ująć, bez (nie)zbędnego ostrzeżenia.

Uczty duchowej, od razu mówię, nie ma. Zresztą jeśli już mowa o uczcie, to lepiej nie słuchać którejkolwiek z tych piosenek przed posiłkiem, w trakcie posiłku lub bezpośrednio po nim. Oczywiście to nie jest twórczość skierowana do wrażliwych, ale istnieją różne rodzaje i poziomy wrażliwości. Poza tym jest takie powiedzenie „przez żołądek do serca”, które zaświadcza o pewnej bliskości rzeczonych organów. I tutaj treści atakują drugi z nich, co może w rezultacie skutkować wydobyciem na świat zgoła innych treści.

Ta cała skatologia miesza się z takimi „uniwersaliami” jak żółć, cynizm, niechęć, gorzka ironia i w ogóle wszystko to, co można z siebie wydobyć, by dowalić sobie i każdemu, kto się nawinie (najpiękniej dostają rodzimi artyści), do smaku mamy ostry, wulgarny język, ale widocznie innym nie da się mówić o tym, co tu się wypluwa. Dla miłośników ekwilibrystyki artysta przygotował jeszcze zwyczajową żonglerkę genitaliami (ważne jest uzmysłowienie sobie… ekhm… plastyczności tego banalnego sformułowania)., więc nikt nie powinien wyjść zawiedziony, choć nie powiem, że nikt nie wyjdzie tak po prostu.

Przez pierwszą chwilą odnosiłem wrażenie, że Afrojax nie tyle próbuje pokonać swoje ograniczenia (niewymawianie głoski „r” – Tymon aka Świntuch z nieomal żelazną konsekwencją unikał jej używania w tekstach), ile rozmyślnie przesadzić, zwrócić na siebie uwagę nawet w taki sposób. I słusznie, jeśli tak. Później człowiek przypomina sobie, przywyka. Nic go nie zraża, nic nie razi, nic nie uraża. I może to stanowi pewien problem, to zobojętnienie, bo obojętność z reguły jest czymś niedobrym. Jakby to wszystko, cała forma i treść, redukowało się do samych słów, kompozycji, sprawności mówienia, techniki… Lepiej zakończyć ten akapit, porzucić wątek, bo zaczynam myśleć, że można być albo cynikiem, albo błaznem. Albo płynnie zmieniać postać. Z jednej w drugą.

Nie ma tu odrobiny piękna (chyba że w „Dziewczynie, która niczego zrozumiała”, ale jest odpowiednio „rozładowywane”), jakichś pozytywnych emocji, całością rządzi surowość (także w warstwie muzycznej) i pierwotność, czego należało nie tylko się spodziewać, ale wręcz oczekiwać.

I można czuć się w miarę… no… zaspokojonym. Brakuje wprawdzie przeboju na miarę „Wojciecha Modesta Amaro” (choć mamy coś w rodzaju nieformalnej kontynuacji) i siłą rzeczy, jeśli to nie jest pierwsze „zderzenie” z twórczością tego pana, brakuje elementu zaskoczenia (i może to być brak odczuwalny), to jednak w paru momentach nietrudno się zaśmiać, w wyrazie szczerego uznania, i pomyśleć, jak to dobrze, że jest ktoś, kto w ten sposób się „wypróżnia”. Nawet jeśli to błazenada. A „wypróżnia się”, bo nawet jeśli to narcyz, to bystry, bardzo bystry, a takiego zawsze dobrze posłuchać, nawet gdy potok słów taki… stęchły.

I oby Kazik Staszewski nie miał Afrojaxowi za złe – przezabawnej przecież, mimo że smutnej – puenty podszytego swoistą empatią utworu „Brak boga”, a co za tym idzie, całej płyty.

Ach, jedna rzecz! Okładki nie wstawiłem.umyślnie. Zostawię single: tu pierwszy, a tu drugi.

Kolejna trójka. Tym razem płyty z polskiego podwórka, bo jak spojrzeć na wordpressowy licznik, można dojść do wniosku, że najlepiej byłoby skupić się na pisaniu o tym, co nagrywa się nad Wisłą. W każdym razie, dziś według klucza. Mógłbym przekornie dodać, że owym kluczem były ładne okładki, ale jedna niespecjalnie pasuje do zestawu.

Ania Dąbrowska – Dla naiwnych marzycieli
ania dąbrowska

Na pewnej podstawie mogłem przypuszczać, że to płyta dla mnie. Najwyraźniej się myliłem. Albo Ania Dąbrowska pomyliła adresata. Albo nie znam samego siebie. W każdym razie, nie mam nic przeciwko piosenkom o miłości, wręcz przeciwnie, przeciwko miłości też nic nie mam (tu nie dodam „wręcz przeciwnie”). W ogóle ponad wszystko cenię prawdę, w sztuce dodatkowo po(d)partą egotyzmem, ale tutaj nie wyczuwam głębi osobistego doświadczenia i doświadczenia. Całość tak… przelatuje, i przelatuje przeze mnie, trudno na czymś zawiesić ucho, w jednej chwili zamyślić się, wzruszyć… Ale i szczególnie przyczepić się do czegoś trudno. Ot, pop. Ładnie smutny (czy może smutnawy) i nieinwazyjny. Zachowam w pamięci fragment utworu „Oddycham”: („jeszcze będę się z tego śmiać / tak się boję tego dnia”), bo to jedyny moment, gdy może nie zabrakło mi tchu, bo starczyło go, by smutno westchnąć. Reszta już się zapomniała.

RAU – Konkretna rozrywka
rau

Nowoczesny rap. To w istocie rozrywka, ale niezbyt konkretna, raczej taka niezobowiązująca, bo i konkretów mało. Skoro najbardziej podoba mi się intro i outro, to już sporo mówi. Ale samo zakończenie niejako tłumaczy motywacje artysty, więc rozumiem sens nagrania, samego faktu, bo sens nagrań czasem pozostaje dla mnie dyskusyjny. RAU jest całkiem dobry. I może w tym tkwi problem, bo chyba najgorzej być „pomiędzy”.

Speculum – Gdzie jest twoje królestwo?
speculum

Krzysztof Radzimski. Tymon Tymański. Teoretycznie powinno być dobrze, na poziomie, ale dobrze jedynie bywa. Część materiału można skwitować prostym „głupie i nieśmieszne”, część „w dodatku wulgarne”.. Niektóre utwory, gdyby miały szansę się zdezaktualizować, zdezaktualizowałyby się bardzo szybko. To taki zbiór opracowań tematów, haseł, tematów-haseł, do tego trochę punkowej zadziorności, manifestacji niewiary. No ale jak to czasem bywa, nawet na płycie teoretycznie do skreślenia można znaleźć perłę. Albo chociaż perełkę. Tu mamy „Pawła” – utwór-apel do pewnego „zaangażowanego” prawicowego muzyka, pełen pięknych punchline’ów, cudnych do odwołań do jego twórczości, ale i troski o człowieka, o rodzimą kulturę, z wersami o brunatnej tłuszczy, które zawsze są na propsie.

Miłość to taka choroba z powodu pożądania.
(cytat z filmu „Yyyreek! Kosmiczna nominacja”)

Zakochany w tobie tak,
że po prostu słów mi brak
Zapatrzony w oczy twe
Ja tak bardzo kocham cię

Bo właśnie ty zakręciłaś mnie
Nie wiem, jak to się stało, jak to stało się
Bo właśnie ty zakręciłaś mnie
Twoim pięknym ciałem, bardziej ciebie chcę

Będziesz obok, blisko mnie
A ja będę kochał cię
Całym sercem, z całych sił
Abyś obok była ty

Lubię, gdy Polacy śpiewają – i to po polsku! – ale czytając dwa pierwsze wersy, zastanawiam się, czy formacja Bayera nie mogła pokusić się o stworzenie utworu instrumentalnego albo pójść w ślady Johna Cage’a. Oczywiście muzyk mógłby usiąść przed keyboardem, żeby było po bożemu i zgodnie z tradycją, bo folklor to folklor. Nikt nie ubierze Zespołu Pieśni i Tańca Mazowsze w to, co się teraz nosi na Mazowszu.

Ale jeśli spojrzymy na rzeczony fragment tekstu z uwagą i odrobiną empatii, dostrzeżemy dramat podmiotu. Trudno jednoznacznie orzec, postawić właściwą diagnozę, ale nawet jeśli nie chodzi o afazję, tylko o zaćmienie umysłu, względnie problem wynikający z niedostatku zasobu leksykalnego jednostki (żaden wstyd, bo czy jest ktoś, kto ani razu w całym swym życiu nie znalazł się w sytuacji, gdy nie wiedział, co powiedzieć lub nie umiał powiedzieć tego, co by chciał?), to trudno bagatelizować przyczynę.

Z pewnością nie występują w tym przypadku typowe objawy, takie jak skrępowanie, niepewność, zawstydzenie czy ogólne „wyłączenie”, brak koncentracji. Wprawdzie zapatrzenie może sugerować stan swoistego zawieszenia, ale nie jest to zawieszenie w próżne. I nie jest próżne, bo skutkuje zakochaniem (które z kolei skutkuje zapatrzeniem), a więc stanowi wyjście poza siebie, przejaw ekstrawertyzmu.

Jak zapatrzenie, to statyczność, bo trudno patrzeć, patrzeć i patrzeć, i jednocześnie się przemieszczać, czyniąc to bez szkody dla zapatrzenia lub przemieszczania, lub dla siebie samego. W wyniku tak silnego bodźca o „rozległym” oddziaływaniu ujawniająsię problemy z błędnikiem („zakręciłaś mnie”), co na szczęście nie skutkuje w żaden przykry sposób. A nawet jeśli, to zostaje to z gracją i kulturą przemilczane.

Kapitalna zabawa składnią, a co za tym idzie, także sensami („nie wiem, jak to się stało, jak to stało się”), każe przypuszczać, że osoba mówiąca jest wrażliwa i łebska, zatem prawdopodobnie chodzi jednak o afazję. Tym bardziej że jeśli wrócimy do pierwszej strofy, bogatsi o tę wiedzę, to dostrzeżemy, że poeta nieprzypadkowo mówi, że słów mu brak, a nie że brak mu słów.

Dość niejasna pozostaje strofa ostatnia, choć samo podkreślanie faktu bliskości („obok, blisko mnie”) i uczucia („całym sercem, z całych sił”) wydaje się jasnym „zabiegiem”. Należy podkreślić, że owo „spełnienie” nie nastąpiło, a nie wiadomo, jaka jest perspektywa czasowa utworu. Wers „abyś obok była ty”, odniesiony do wersów wcześniejszych, budzi istotny niepokój, bowiem choć tylko podkreśla wiarę w to, że miłość rodzi miłość, ale owa wiara – zresztą podobnie jak miłość – może być ślepa. W końcu ona – jeśli oczywiście istnieje – pozostaje niewzruszona, być może nie wie nawet, czym darzy ją nasz nieborak.

A może to tylko potrzeba kochania, która sama w sobie, i sama z siebie, stwarza fantasmagoryczną możliwość jej zaspokojenia?

Tego się nie dowiemy. I lepiej, byśmy się o tym nie przekonali na własnej skórze.

POSŁUCHAJ

Amphetamin – A Flood of Strange Sensations
amphetamin
Z Amphetamin jest trochę jak z kimś, kto skądś wytrzasnął ten zespół (mogę się domyślać jak, ale przyjmuję, że to przypadek, zresztą w ogóle lepiej, bym się niczego nie domyślał) i pokazał mi, nie zdając sobie sprawy, że poleca coś lepszego niż kiedykolwiek wcześniej i później, a sam w życiu nie trafiłbym na tę muzykę: urok tkwił w osobliwości, w osobności, w surowej, zimnej prawdzie; w tym, że poszczególne elementy nie przystają do siebie, nie pasują, a choć całość powinna odpychać, to jednak intryguje jak nie wiem. Intrygowała, czas przeszły, bo tak to wyglądało kiedyś, na pierwszej epce, a teraz mamy 2016 rok, drugą pełną płytę i jakąś… karykaturę. Niby poznajemy składowe, ale to, co do tej pory tworzyło jakąś całość, jakiś kolaż, teraz rozpada się na poszczególne elementy, które w ten sposób uwypuklone, wręcz odstręczają. Jakby mozaika wad, niekoniecznie barwna, mogła przyciągać, ale każda wada z osobna, gdy je wyabstrahować, była już nie do zaakceptowania. Ale wraca się, wraca z żalem, z pretensją. Do tej pretensjonalności, do dziwactwa, jakby to był początek i koniec. Właściwie nie wiem już, o czym (o kim?) piszę, więc mówię sobie „stop”. Najlepszy utwór („Favourite doll”) jest cieniem najgorszego utworu z tamtego wydawnictwa („Suzie”), co powinno podsumowywać wszystko, ale są kwestie, w których nie kieruję się logiką. Niestety. I z korzyścią dla kwadratowej progresji „A Flood of Strange Sensations”. Nie podoba mi się ta płyta, momentami mnie śmieszy (i nie mam wtedy uśmiechu na twarzy), a jednak nie znam podobnej, słucham, oceniam całkiem pozytywnie. Ale nie polecam. Nikomu.

Deströyer 666 – Wildfire
destroyer 666
Jakie to proste… Podbarwić black metal thrashem, nagrać dobre riffy, dorzucić tu i tam solówkę… Gdyby całość trzymała taki poziom jak pierwsze dwa utwory, które wyrywają z butów, byłoby obłędnie. A jest „tylko” bardzo dobrze, a w wieńczącym płytę, „balladowym” „Taman shud” (Bathory się kłania) – ponownie kapitalnie. Czysta frajda, której może nie szukam, ale nie gniewam się, gdy znajdę.

Ciekaw jestem, co pokaże Darkthrone.

The Field – The Follower
KOM350_Sleeve_6mmSpine_gatefold.indd

Pamiętam z czasów gimnazjalnych wznoszone z emfazą okrzyki pewnej jednostki: „Kocham techno! Oddałbym życie za techno”. Oczywiście bez niemożliwego do choćby częściowego przywołania i odtworzenia kontekstu nie jest to ani trochę zabawne, ale ówczesny absurd tych… deklaracji dziś się zaciera, gdy słucham takich płyt jak „The Follower”. Wprawdzie aż takie oddanie mi się nie widzi, ale niewątpliwie warto poświęcić chwilę, by zapoznać się z tą muzyką.

Miłość to taka choroba z powodu pożądania.
(cytat z filmu „Yyyreek! Kosmiczna nominacja”)

Odkąd zobaczyłem ciebie,
Nie mogę jeść, nie mogę spać
Jak do tego doszło – nie wiem
Miłość o sobie dała znać

Co poradzić mogę na to,
Ze miłość przyszła właśnie dziś,
Że w sercu mym jest lato,
A w moich myślach jesteś ty

Przez twe oczy, te oczy zielone oszalałem
Gwiazdy chyba twym oczom oddały cały blask,
A ja serce miłości spragnione ci oddałem
Tak zakochać, zakochać się można tylko raz

W mych ramionach cię ukryję
U stóp Ci złożę cały świat
Serce me dla ciebie bije
I czeka na twój mały znak.

Jeden uśmiech twój wystarczy
I moje serce gubi rytm
O twą miłość będę walczył
O miłość walczyć to nie wstyd

Jak śpiewał przed laty pewien popularny wokalistka z dalekiej Ameryki, miłość to choroba społeczna. Wprawdzie w cytacie, będącym mottem i myślą przewodnią czynionych tu rozważań rzecz ujęto jeszcze precyzyjniej, ale rzecz w tym, iż nie sądzę, by cokolwiek się od tamtego czasu zmieniło, a więc nic nie usprawiedliwia mojego milczenia w rzeczonej sprawie. Tym bardziej że disco polo – piękny kwiat rodzimej muzyki, kultury, sztuki i czego tam – ani myśli przekwitnąć, mimo że jesień już nerwowo przestępuje z nogi na nogę, a lada moment przemaszeruje przez miasta i wsie, stąpając po ziemi ciężkimi buciorami.

Na początek ciekawy, a być może mało znany fakt. Nazwa grupy Zenona Martyniuka została utworzona z połączenia nazw grup, w których część muzyków udzielała się wcześniej. Brzmiały one Akcyza i Centrum. Proszę uwierzyć mi na słowo. Źródłem informacji jest prasa kolorowa, ale niestety istotną trudność stanowiłoby wykopanie stosownego obrazka.

Dlatego do rzeczy. Gdy spojrzymy na tekst piosenki, wyda nam się jasne, nawet jeśli jesteśmy discopolosceptyczni, dlaczego Zenek z Akcentu zasłużył na miano Zenka z Akcentu, a niżej linkowana kompozycja wokalno-instrumentalna została odsłuchana w serwisie Youtube przeszło pięćdziesiąt milionów razy. To jest tak, że o rzeczach najistotniejszych, a w istocie najprostszych, winno się mówić prosto, ale jednocześnie tak, by ująć ich istotność. Uniwersalnie. Tak, by każdy mógł się pod tym podpisać, a jednocześnie łypał zazdrośnie okiem na poetę i z pokorą przyznawał, że sam by tak nie potrafił.

Jest on. Jest ona. Może to niezbyt postępowe i mogłoby budzić zaniepokojenie pewnych środowisk, ale jednocześnie tłamsiłoby to liryczne (i prozaiczne) „ja” podmiotu, osłabiało siłę jednostkowego przecież wyznania. Zatem on i ona. „Jak do tego doszło – nie wiem” – zauważa słusznie poeta, bo choć znamy przyczynę choroby, to nie sposób się jej ustrzec. Należy pogodzić się ze swoim stanem („co poradzić mogę na to?”), choćby opłakanym, zamiast go opłakiwać. Chodzi przyznaję, że to „w moich myślach lato” budzi empatię.

Idźmy dalej. Jestem skłonny uwierzyć, że to Zenek Martyniuk jako pierwszy przyrównał oczy do gwiazd (i cóż, że zielone) i jeśli ktoś tak by mi powiedział, tobym uwierzył. A w to, że tak się można tylko raz, wierzę z kolei Zenkowi. Tak, tylko raz – za każdym razem. Za każdym razem tak.

Widzimy, że wirus atakuje mózg („oszalałem”), co skutkuje nie tylko odda(wa)niem, ale i pewną zaborczością („w mych ramionach cię skryje”) i składaniem deklaracji przejęcia władzy nad światem. Jak w kreskówce, tylko że tu to raczej, gdy-by już został hegemonem, jak w tej tradycyjnej angielskiej pieśni, „Greensleeves”: „I have waged both life and land / Your love and goodwill for to have”.

Niepokojące jest to, że miłość nie oszczędza serca, istotnie spragnionego tejże, które wprawdzie nadal usycha, ale gdy owo pragnienie się konkretyzuje, nabiera kształtów (tj. ma kibić), zaczynają się problemy kardiologiczne. Zatem wyjście z tego, z czego wyjścia nie ma, i ostateczne dojście do jako takiego siebie wymaga pomocy niejednego specjalisty. I nie, nie czasu, choć czasu też, bo sam czas nie tyle nie działa na naszą korzyść, ile w ogóle nie działa.

Nie warto jednakże tracić pogody ducha, tym bardziej że jak zauważyliśmy na początku, jesień – a więc i zima! – blisko. Zapamiętajmy z tej piosenki jedną rzecz, jeden wers: „o miłość walczyć to nie wstyd”. Wprawdzie w świetle powyższych rozważań, i słów z wielkiego dzieła Jerzego Gruzy, brzmi to cokolwiek… niepokojąco, ale nie zapominajmy o tej najprawdziwszej z prawdziwych prawdzie, koleżanki i koledzy.

I bądźmy bezwstydni.

POSŁUCHAJ

Być może o wielu przesłuchanych płytach prędko zapomnę, chcąc nie chcąc, ale zanim to się stanie, może warto o części z nich parę słów napisać. I nie, nie twierdzę, że dotyczy to wszystkich omówionych niżej – czy w odsłonach wcześniejszych – pozycji. Tak to tylko głośno myślę, jednocześnie dopisując wstęp, co zawsze przysparza pewnych trudności. Na szczęście mam to już za sobą.

Jute Gyte – Perdurance
jute gyte.jpg

Jak by to ująć… Metal to metal – gra się go… do przodu. Owszem, można to czynić powoli, bardzo powoli, można tłuc jeden riff przez kwadrans albo dłużej, można tworzyć na przecięciu stylistyk, stosować domieszki innych gatunków, ale każda próba żenienia tej muzyki z awangardą wydaje mi się mezaliansem. I czuję się trochę tak, jakbym poszedł do cyrku, ale miał udawać – tak jak wszyscy, zarówno na scenie na arenie, jak i na widowni – że jestem w teatrze. Nawet nie to, że mi się jakoś strasznie nie podoba, ale po prostu nie rozumiem i nie czuję tej płyty.

Kvelertak – Nattesferd
kvelertak

Pierwszy utwór, mający cokolwiek wspólnego z metalem, a przy okazji z tym, z czym kojarzę muzykę zespołu, nastawił mnie optymistycznie do pozostałych i wywoływał pytanie, gdzie tu niby ten hard rock, który Norwegowie ponoć zaczęli grać, rezygnując z bycia przesiąkniętymi blackiem panczurami. No i prędko się okazało gdzie: od „1985” do „Nekrodamusa”, czyli przez pozostałą część „Nattesferd”. Wprawdzie słucha się bez przymusu, ale i bez większej przyjemności. Zwykle jestem entuzjastą – pozostając w mniejszości – odejścia od ekstremy, wszelkich wolt czy choćby złagodzenia dźwięków, ale tutaj albo nie wyszło, albo podążyło w kierunku, który mi nie odpowiada. No ale wielkim fanem tych panów nie byłem, wiec najwyżej nie zostanę, nic wielkiego.

Sink – Ark of Contempt and Anger
sink

Z Sink znanego mi z debiutu została właściwie tylko nazwa, względnie uchowało się trochę drone’owych pasaży. Cały doommetalowy ciężar wcięło i teraz to muzyka dla bywalców Castle Party (darkwave). O dziwo, naprawdę dobra muzyka, bo pan śpiewa bardzo ładnie, nawet jeśli śpiewać specjalnie nie umie, a całości, choć może nie w moim klimacie, klimatu odmówić nie sposób. Rozczarowanie i miła niespodzianka jednocześnie. Do słuchania między The Cure a Dead Can Dance.

michał witkowski

Nie lubię literatury współczesnej. No, czytam poezję, czytuję, ale też nie powiem, że przepadam za nią czy w nią. Właściwie mógłbym się nazwać przeciwnikiem czytelnictwa. To pierwsze to oczywiście ignorancja, drugie to przekora. No ale im więcej osób sięga po literaturę, tym mniej wartościowe pozycje na tym zyskują, a potem jak człowiek spojrzy w witrynę księgarni, to mu smutno i źle.

Po „Zbrodniarza i dziewczynę” sięgnąłem z kilku powodów, które można zawrzeć w zdaniu „[bo] to (1) dość długi (2) kryminał, (3) którego zasadnicza część akcji dzieje się we Wrocławiu”. A jeszcze krócej, zrobiłem to dlatego, że książka nie była dla mnie. W sumie nie wybrałem wcale źle, a właściwie wybrałem wcale nieźle, co okazało się chwilę przed tym, jak po odpowiedzi na pytanie o refleksje polekturowe (pozytywne) otrzymałem możliwość samodzielnego przekonania się, czy je podzielam.

Bodaj najmilsze wspomnienie związane ze współczesną prozą, będące świadectwem użyteczności tejże, wiąże się z podróżą pociągiem, skądś dokądś, dawno i nieprawda. Druga klasa. Ja przy oknie, bo gdzie, jedno miejsce obok, dwa naprzeciwko. Połowa drogi, więc bilet dawno mam sprawdzony. Dosiadają się takie trzy, że każda z nich to jak mnie trzech, i coś tam sobie gadają. Ja czytam, a przynajmniej odgradzam się od zastanej rzeczywistości (a raczej takiej, która zastała mnie) kryminałem, który wydaje się mechanicznym przepisaniem jednego z setek odcinków jednego z setek seriali, które na pewno nie są kręcone dla mnie. Przychodzi konduktorka. Dziewczęta okazują bilety. Trwa to chwilę, po której rozmowa – bóg wie o czym, a co mnie to – zaczyna tyczyć mnie i tego, że nawet nie zostałem dostrzeżony. Jedna z nich przytomnie konkluduje zaistniały fakt,zauważając, że jestem zupełnie przeciętny (nie potrafię przytoczyć dokładnie, ale to było tak, jakbym uosabiał tę… „cechę”), zatem nie ma się czemu dziwić. Komentowały to dalej, a ja nie czułem się zawstydzony, o dziwo, a jedynie bawiło mnie to, że jest tak, jakby wcale nie siedział obok, bo one dalej o tym bilecie.

To [też] jest kryminał, a przynajmniej bywa, co można autorowi wybaczyć, tym bardziej że innych zarzutów – uprzedzę fakty – właściwie nie mam. Kiedyś jeden z moich profesorów użył w trakcie wykładu przecudnego sformułowania, które w dodatku idealnie przystawało do sytuacji, „wracając do dygresji”. Można je odnieść do „Zbrodniarza i dziewczyny”, choć w wywodzie chodziło o piętrzenie dygresji, a tu chodziłoby o to, że ta proza błyszczy, olśniewa, bawi i zachwyca, gdy autor odbiega od fabuły (albo nie dobiega do niej, przez 1/4 książki, czym daje siłę na przejście pozostałych 3/4). Gejowski kryminał – chciałoby się uzupełnić, ale samo słowo „gej” pojawia się w książce bodaj w dwóch miejscach, ze specyficznym wydźwiękiem, tak to jest mowa o ciotach i pedalstwie. A że nie pisał tego homofob (ani jak się okazuje, nie czytał!), to trzeba przyjąć słownictwo autora. Zresztą ono w ogóle jest kapitalne, nawet jeśli w pewnym momencie się do niego przywyka: bezpośrednie, wulgarne, żywe.

Główny bohater, (alter?) ego Witkowskiego, Michał Witkowski, bulimiczka na psychotropach (no tak, nie można pisać konsekwentnie „bohater”, „bulimik”), od początku budzi szczerą sympatię. Kibicuje mu się podczas homopodchodów, z zaciekawieniem śledzi jego losy i nawet na moment nie przyjdzie [mi] na myśl, by narzekać, że narcyzm, zadufanie, zachłyśnięcie się sobą i własną sławą, może poza, egzaltacja. Zresztą mało mnie interesują historie, zresztą wszystkie już opowiedziano, za to nie przestaną mnie ciekawić ludzie, jednostki, a takich jak Michaśka zbyt wiele, jak sądzę, nie ma. Dlatego nawet jeśli zupełnie inna niż ja, jest mi niezwykle bliska i nie umiem jej nie lubić.

Fabuły zdradzał nie będę, bo w tym zawsze lepsi są wydawcy. Traktowałem ją jako pretekst i mi nie przeszkadzała. Jest sensownie skonstruowana, a narracja – umiejętnie prowadzona.

Wprawdzie by w pełni zrozumieć „Zbrodniarza i dziewczynę”, dobrze znać wcześniejsze dzieła autora, „Drwala” i „Lubiewo” (zresztą wielokrotnie w tekście przywoływane), bo pojawiają się nawiązania do nich i znanych z kart rzeczonych powieści bohaterów, ale i tak, choć dopiero planuję zadrobić zaległości, bawiłem się świetnie. Raz, czytając podczas krótkiego spaceru, byłem tak rozbawiony i urzeczony zarazem, że gdyby nie mój zupełny brak ekspresji, to chyba położyłbym się w poprzek chodnika i umierał ze śmiechu (choćby przy szpili wbitej w Kazika Staszewskiego). A tak to robiłem dziwne miny i się ludzie patrzyli no.

Jeśli ktoś nie lubi kryminałów, nie lubi prozy współczesnej, może i samego Michała Witkowskiego nie lubi, bo to celebryta i szafiarka albo jest uprzedzony do wszystkiego, co inne,  to bez wątpienia powinien sięgnąć po tę książkę. A jeśli lubi i wszystkich kocha, również powinien. No a przynajmniej mógłby. Dla tego zakończenia. Dla ostatniego zdania (jest kapitalne). Dla wszystkiego, co wcześniej. Dla siebie i własnej przyjemności.

Gdyby zrobić z tego film, nie obejrzałbym, ale książka jest bardzo dobra. Nie wiem, czy mamy obecnie równie zdolnego autora (może, nie znam [się]), a nie chcę się przekonywać, że nie.

Michał Witkowski, Zbrodniarz i dziewczyna, Warszawa 2014.