I kolejna trójka. Tym razem nie tylko o czasie, ale nawet przed czasem.

Ghost – Popestar EP
ghost.jpg

Epka z coverami. To pewnie kwestia wyboru utworów do zaadaptowania (kluczem były, jak podejrzewam, teksty), bo autorski „Square hammer” pokazuje Szwedów w wysokiej formie, ale poprzednie takie wydawnictwo („If You Have Ghost”, 2013) podobało mi się trochę bardziej. I nie wiem dlaczego, ale „Bible” brzmi jak… Bracia Figo Fagot. Potencjał drzemie w chłopakach przeogromny (i nie, nie mam na myśli pana Walaszka i pana Połacia, a przynajmniej nie w tej chwili), więc tylko czekać, aż się przebudzi i objawi. Może na w pełni popowej płycie? Bez udziwnień. Bez uciekania (się) do rocka i metalu. Bez masek. Chyba że tych skrywających twarze.

Neurosis – Fires Within Fires
neurosis.jpg

Neuro…zzzzz… Nie no, lubię ich, najbardziej tych dwóch, Scotta Kelly’ego i Steve’a Von Tilla, tylko że na solowych płytach. To ten dziwny przypadek, gdy wystarczy mi szacunek, świadomość i pamięć, że jedni i drudzy nie wzięli się znikąd, ale słuchanie właśnie tych wszystkich epigonów. Na tej płycie nie słyszę nic, absolutnie nic, może bardzo krótkimi fragmentami (ot, weźmy choćby początek „Broken ground”), co by znamionowało wielkość muzyków, z których twórczością się mierzę, a gdyby nie nazwa grupy, pewnie nie starczyłoby sił, by przebrnąć przez całość (a potem jeszcze do niej wrócić – to rzecz właściwie wyjątkowa), bo powieki stają się coraz cięższe i cięższe, i cięższe…

Opeth – Sorceress
opeth

Z Opeth jest tak jak z Katatonią, a z „Sorceress” – jak z „The Fall of Hearts”: panowie ostygnęli, okrzepli i… zastygli. „Heritage” już w momencie premiery uważałem za krok we właściwym kierunku, być może krok niezbędny i konieczny, ale od „Pale Communion” to dreptanie w miejscu. Ot, najwyżej porządkowanie chaosu, któe ostatecznie pozbawia tę muzykę choćby ludzkiego pierwiastka. I na niewiele się zdaje to, że Åkerfeldt wypada zaskakująco dobrze (nauczył się śpiewać?!), skoro na płycie – i tu znów należy przywołać początkowe porównanie – jest jeden zapadający w pamięć utwór („Era”), a reszta sobie przelatuje… Już chyba wolałem gdy grali progresywny metal, który nie był progresywnym metalem, niż progresywny rock, który nie jest nawet… rockiem? A tak w ogóle to najlepiej byłoby stworzyć kontynuację „Damnation”, o!, ale na to nie liczę.

Darkthrone – Arctic Thunder (2016)

Posted: Wrzesień 22, 2016 in Muzyka
Tags: ,

darkthrone

Jak dobrze, że można zacząć pisanie od dowolnego zdania, a wstęp zostawić jeśli nie na koniec, to chociaż na później. Gorzej, że już jeden napisałem i gdzieś przepadł. Było w nim o tym, że hasło „darkthrone” przywołuje kilka obrazów. Pierwszy: stwierdzenie, jakoby była to muzyka dla kindermetali. Lubię absurdalny humor, więc doceniam (p)ogląd. Drugi: sytuację, gdy wracając ze sklepu z „Circle the Wagons”, spotykam kolegę, wskutek czego odsłucha zostaje odłożony w czasie, przynajmniej na kilka godzin, bo do domu wpadam właściwie tylko odłożyć płytę; a wcześniej się wstydzę horyzontów i wrażliwości, a raczej braku tychże, bo mogłem chociaż(by) Gilmoura. Trzeci: pewien fanowski klip na Youtubie, który wygląda na nakręcony w pobliskim lesie, w bardzo konkretnym miejscu, ale to jest jakiś inny las, a więc i inne miejsce. Czwarty: zimowe, po(z)mroczne spacery po tymże lesie (tj. tym, który nie pojawił się we wspomnianym klipie) przez zaspy, mróz i zawieje przy akompaniamencie największych hitów zespołu. Piąty: użyta przez osobę równie inteligentnej jak ta przywołana w punkcie pierwszym (nie, nie drwię) nazwa Darktronsi, która znakomicie oddaje istotę poczynań duetu na przestrzeni ostatniej dekady. No ale tamten wstęp, jak wspomniałem, przepadł, więc wyjątkowo szybko przejdę do rozwinięcia.

Ktoś napisał przed laty ładne zdanie, że panowie grają tak, jakby wcale nie umieli. To oczywiste, że jakby, i zawsze mi się to podobało (nie „jakby”), bo nie ma napinki, popisów, wymyślania kwadratowych jaj (są zwyczajne jaja, tak zupełnie [na] serio). Na „Arctic Thunder” grają… jak Darkthrone. Chyba nieco zapatrzeni w samych siebie, ale to raczej kwestia sentymentu niż samouwielbienia, przez co po raz pierwszy w tej erze naprawdę zawodzą. I to coś, czego się nie spodziewałem, więc aż trudno mi o tym pisać. Ale uporządkujmy.

Za mikrofonem stanął Nocturno Culto, i ani myślał dać się wykazać Fenrizowi (no, są maleńkie wyjątki, ale naprawdę maleńkie, niestety), więc na powermetalowe zaśpiewy, falsety i rubaszny humor nie ma co liczyć. Szkoda, bo nie było potrzeby poważnieć. Takich wokali jak na „Panzerfaust” (już) nie ma (czyżby były najlepsze / najbardziej bezkompromisowe w całej historii gatunku?), a rozpoznać, kto to… „śpiewa”, można bardzo szybko i bez najmniejszego trudu, to jednak wolałbym „przełamanie” tej surowości (napisałbym „serowości”, bo pisząc to zdanie, słucham tyrady o serze; zawsze dobrze, że nie serenady), jakiś moment nieskrępowania, choćby bezpretensjonalnego wygłupu. Cierpliwy wprawdzie się doczeka, ale…

Boli, że co drugi riff albo wcześniej słyszałem, tylko zagrany tysiąc razy lepiej („Tundra leech” -> „Quintessence”, „Burial bliss” ->”Ravishing grimness”, „Inbred vernin” -> „Crossing the triangle of flames” – idzie znaleźć więcej), więc to takie kopiowanie samych siebie, albo słucham i brzmi to tak, jakby panowie się spinali, napinali, ale nie mogli wspiąć na wyżyny czy choćby pokazać, czym jest naturalny talent, więc z grzeczności nie powiem, co z takich czynności ostatecznie może wyjść. Po prostu zaznaczę, że… nie wychodzi. A ten zespół natłukł przecież z pięćdziesiąt razy więcej kapitalnych riffów niż pięćdziesiąt praktycznie dowolnych zespołów metalowych do kupy razem wziętych.

Wcześniej, jeśli coś mi się na płytach Darkthrone nie podobało, to widziałem w tej muzyce… wizję, pasję, pomysł, a moja refleksja była tylko kwestię rozminięcia się z tym, co może chciałem usłyszeć, z gustem. Nie pojawiało się pytanie, czy to nadal wielki zespół. Teraz może też się tak nie dzieje, ale na twarzy maluje się smutek i rozczarowanie. Wiary w Nocturno Culto i Fenriza nie tracę, bo byłoby to głupie i niezasłużone, ale „Arctic Thunder” (im) zapomnę. Tylko tej okładki szkoda…

Kombatancka płyta weteranów.

Mogłem mieć problem ze skompletowaniem zestawu na dzisiaj (choćby z powodu istotnych trudności z oderwaniem się od „Skeleton Tree” i przypomnieniem sobie, że istnieje inna muzyka – choćby taka, której jeszcze nie poznałem), ale na szczęście, że tak to ujmę, nie zostałem z nim sam. Dlatego się udało. I wyszło nawet bardziej na czasie niż to się często zdarzało.

Aphex Twin – Cheetah EP
aphex-twin
Letnia epka. Można powiedzieć, że niby ani ziębi, ani grzeje, ale jednak taki „CIRKLON 1” to rzecz do zapętlenia na długi, dłuuugi czas. Na całość może powoli kończy się termin przydatności do spożycia, bo mamy połowę września, więc kto nie sięgnął, może to zrobić, by musieć nie czekać do maja czy czerwca.

Eluvium – False Readings On
eluvium.jpg
Gdy myślę, jak zacząć tę notkę, przypomina mi się fragment „reportażu” z programu „Za chwilę dalszy ciąg programu” niezrównanego kwartetu Mann-Materna-Szczęśniak-Wasowski (przez pewien czas kwintetu, ze Stegenką), opowiadający o dziewczynce, która jeszcze dopiero co była bezdomna, ale na szczęście dowiedzieli się o tym sąsiedzi. Dlatego to nie będzie zbyt rzeczowa notka (nawet nie napiszę „recenzja”), za co przepraszam osobę, która na to (i na mnie) liczyła, a także wszystkich zainteresowanych. W każdym razie, by utrzymać swobodny ton wypowiedzi, wspomnę, że moją pierwszą reakcją na samą nazwę była skądinąd niegłupia refleksja, iż folk metal to bodaj największe zło.* Refleksja niewysłowiona – formułuję ją dopiero teraz. W każdym razie, jak widać, twórczość Matthew Roberta Coopera nie była mi dotychczas znana, ale na szczęście – jak w przywołanym żarcie – znalazł się ktoś, kto może nie tyle sam się o tym dowiedział, ile poinformował mnie. Dostawszy na drogę garść refleksji na temat okładki i westchnień kwitujących fakt nieistnienia zadowalających omówień „False Readings On” w języku polskim, a także w swoisty punkt zaczepienia w postaci zdania „nie podoba mi się operowy anturaż”, wyruszyłem w tę ponadgodzinną podróż. Dość szybko przypomniało mi się coś jeszcze innego. Otóż ktoś, mierząc się w mojej obecności z poezją Tadeusza Różewicza, wyraził opinię, jakoby sprawiała ona wrażenie, iż czytający samemu byłby zdolny (na)pisać podobną, co zdumiało mnie do tego stopnia, iż byłem w stanie jedynie stanowczo zaprzeczyć. O tych dźwiękach z kolei ja myślę podobnie; wydają się momentami „w zasięgu” kogoś, komu przyszłoby do głowy tworzyć muzykę elektroniczną (czy też coś, co w założeniu miałoby nią być), ale umiem przywołać siebie do porządku i wiem, że to wrażenie złudne, fałszywe odczytanie. A wracając jeszcze do przytoczonej opinii o płycie… Nie da się wejść w polemikę z tym, co się komuś podoba lub nie podoba, nawet przekornie, ale największe – i (jak) najlepsze – wrażenie robią na mnie właśnie te wokalne sample, szczególnie w „Regeneration being”, bo nawet jeśli nie są niczym odkrywczym, to po pierwsze, pasują, a po drugie, jest w nich jakiś natchniony pierwiastek i gdy tylko się pojawiają, ciągną tę muzykę w górę (chwilami może nawet i za uszy). Reszta to czyste ambientowe plamy (chciałoby się rzec: reszta jest milczeniem, ale raczej półciszą), rozlewające się nawet i kilkanaście minut (vide finałowy „Posturing through metaphysical collapse”), o których można powiedzieć, że są przyjemne i nieangażujące. Raczej nieangażująco przyjemne niż przyjemnie nieangażujące. Nie doszukiwałbym się tu drugiego dna – choćby nawet chciał tego sam artysta – bo taka muzyka to przestrzeń, pusta przestrzeń, w której jedynymi znakami mogą być tytuły utworów. To, czy(m) się ją wypełni, pozostaje w gestii słuchacza. Podsumowując, ogólne wrażenie jest jak najbardziej pozytywne, ale nie czuję chęci zapoznania się z wcześniejszymi dokonaniami tego pana.

* Skojarzyło mi się z Eluveitie, choć oczywiście nie pomyliłem nazw. I nawet nie chodziło o ich pewne podobieństwo, a przynajmniej nie tylko.

Skeletonwitch – The Apothic Gloom (ep)
skeltonwitch
Jak można nie sięgnąć po wydawnictwo zespołu, który nazywa się Skeletonwitch? Pewnie jakby się człowiek uparł, zaparł, toby może nie sięgnął, ale na złość to można i nosić o dwa numery za małe buty. Tylko pytanie po co? Dziwna to epka, bo na przestrzeni jednego utworu raz myślę „jakie to fajne i świeże” (w istocie bezznaczeniowe określenie „fajne” pasuje do omawianej muzyki ze względu na jego swobodny i lekki wydźwięk), raz „jak można wałkować tysiąc razy to samo”, raz podobają mi się melodie, riffy, a po chwili stają się niemal wygenerowane automatycznie. Wokalista nie przekonuje ani przez moment, bo brzmi jakby koledzy mieli mu przygrywać metalcore, ale choć łoją coś na przecięciu (ultra)melodyjnego thrash/black metalu (najlepiej, gdy szala przechyla się na tę drugą stronę), a choć nie przygrywają, to on zawzięcie nic sobie z tego nie robi. Ja też się staram. I pewnie jeszcze spróbuję. Zobaczymy, kto jest bardziej uparty.

Kilka introwertycznych zapisków popełnionych po części pod wpływem „Skeleton Tree”. Z sympatii do ewentualnych czytelników dokonałem ostrej selekcji, co w zasadzie nie ma wpływu na jakość całości, ale mimo wszystko tekst jest jednak lepszy. Bo krótszy.

———-

I
Upadam. Po to wstaję
każdego dnia z łóżka.

Zobacz, teraz dotykam
ziemi. Mam całe dłonie

w ziemi, i całe kolana
w ziemi, całe łokcie,

przedramiona w ziemi.
Zejdziesz do mnie?

II
Czytam własne zapiski Twoim głosem, i się łamie,
i się łamię, bo nigdy nie usłyszę, nie słyszałem
tak pięknej muzyki. Ktoś przychodzi na skwer, przechodzi

przez skwer, chodzi po skwerze (wciąż lato, skwar), rozmawia
przez telefon; myślę (bez sensu!): z Tobą; i wtedy dzwoni
w uszach dawne, tak dawne po prostu chciałam usłyszeć

Twój głos. Codziennie tak chodzi, i ja, już po zmroku, już po
wszystkim, i tylko to ah, distinctly I remember it was in the bleak
December; i tylko to nie to samo, nie to samo, nie to samo, tylko

nie to, nie tak, nie tak, nie tak, tylko ja taki sam, już zupełnie
inny, zupełnie sam. I ma do kogo mówić, a ja nie mogę z Tobą
milczeć, więc nawet to duszę w sobie; każdym tchnieniem.

III
Zupełnie nie wiem, o czym myśleć: o tuberozach, jaśminie, zapachu
ściółki, cierniowych koron(k)ach czy tym, co czuję, gdy sięgam do biurka
po Grechutę, którego w ogóle nie lubię (wiesz, że nie), z największym
namaszczeniem. Co więcej pomieszczę w drżących dłoniach? Cały świat.

Co zostało po Tobie? Co mi zostało? Co (mi) po Tobie? Zupełnie nie wiem.

IV
w przelocie ptaków
w rozplecionych włosach
w plecionych głupstwach (powinniśmy zasupłać sobie języki)
w przelotnych spojrzeniach (rzucanych na wiatr)
w białych swetrach i przedramionach tak różnych

od nieba po którym nie latają samoloty (albo latają
bez śladu) tylko ptaki w rozplecionych

kluczach –

wracasz. jakbym wcale nie stracił
tchu
w białej i odległej obcej i zimnej
piersi.

V
nie uwierzysz:

ktoś tak nikły
może znikać.

znika
n i k

VI
im jestem mniejszy
tym więcej mieści
skorupa: strachu

co zagląda w oczy
pali krwią broczy
co dzień – zachód

czarne nic.

VII
(potrzebuję Cię
nocą i dniem

dniem i nocą
jesteś mną)

VIII
która to już jesień?

nie zapowiada się na Twoje przyjście
bez zapowiedzi.

która to już jesień
od Twojego
za czym tęsknisz?

to już jesień.

więc czekam choć na jedno słowo.
bez słowa.

to już jesień
nagie sine drzewa.
za czym tęsknisz?

koniec.

chociaż jeden
z wielu.

koniec:

nie mieć siły
upaść.

(Gdzie Indziej, 10-11 IX 2016)

POSŁUCHAJ

nick-cave-the-bad-seeds

Tylko raz czułem, że nie wypada mi się wypowiadać o dziele, z którym się zetknąłem. Chodziło o film Krystyny Jandy „Tatarak”. Za (prze)milczeniem przemawiał fakt, że mi się nie podobał. Pytałem siebie: co z tego? Ale to pojedynczy przypadek. Dlatego nie mogłem zrozumieć – tu pozwolę sobie na zwyczajowy wtręt osobisty – dlaczego ktoś, z kim dzielę się czymś, co popełniłem, z mniejszą lub większą wprawą unika wyartykułowania ważnej dla mnie opinii, broniąc się argumentem o „zaangażowaniu” tzw. twórcy, co w moim rozumieniu było przejawem lekceważenia, względnie niedotrzymaniem słowa. No ale to zupełnie, zupełnie nieważne – zarówno sytuacje, jak i przedmiot „sporów”. Po prostu teraz w pełni zrozumiałem, jak to jest.

Trudno nazwać mnie fanem Nicka Cave’a. Z jego dotychczasowego dorobku interesowała mnie tylko płyta „The Boatman’s Call”. Miewam tak, że poświęcam uwagę  wybranym pozycjom w dorobku danych wykonawców i niezależnie od tego, jak bardzo jestem nimi ukontentowany, nie czuję potrzeby sięgania dalej, po inne, bo wiem, że to, co mnie interesowało, już zna(lazł)m. Jednak na „Skeleton Tree” czekałem, czekałem niecierpliwie, mimo że singiel („Jesus alone” ) mnie nie poruszył i czytając opinie innych, zacząłem podejrzewać, że to jakaś znieczulica, o którą bym siebie nie posądzał. Oczywiście sam utwór mi się podobał, z każdym odsłuchem coraz bardziej, ale to nie było to. Albo jeszcze nie uwierzyłem Cave’owi w pełni.

O tragedii, jaka dotknęła muzyka w trakcie prac nad „Skeleton Tree”, każdy słyszał (właściwie to i „Skeleton Tree” każdy słyszał, bo gdy piszę, mamy już sobotnie przedpołudnie, płyta od wczoraj w sklepach, a od dwóch dni w sieci, więc mimo wczesnej pory wypowiadam się bardzo późno), dlatego o niej (już) nic. Rozumiem wpływ, jaki miała na Nicka Cave’a, to, jak odcisnęła się na jego muzyce, jak ta przesiąknęła osobistym doświadczeniem, rozumiem potrzebę nagrania (może to, jak ośmielił się zauważyć jeden z recenzentów, jest to pewna forma zwrócenia się do świata o pomoc?) i jednocześnie nie stoję na stanowisko, że to pozycja przejściowa, tylko i wyłącznie forma doraźnej terapii. Nie można dzielić płyt na lepsze i gorsze, biorąc pod uwagę inne kryterium niż wartość muzyki jako takiej. Najważniejszym kontekstem są inne dzieła. To, komu i czy w ogóle jest potrzebna, zadecyduje świat. I każdy zainteresowany z osobna.

Kluczę, kluczę i kluczę, bo trudno mi przejść do sedna. Chciałem nawet „zasłonić się” jakąś autorską grafomanią, okolicznościową prozą poetycką czy czymś podobnym, ale nie przystoi. I jeśli napiszę coś „pod wpływem” [„Skeleton Tree”], by pełniej oddać własne uczucia, to poza kontekstem, gdzie indziej. Nie wiem, co powiedzieć. No bo nawet jak „Jesus alone” to TYLKO bardzo dobra kompozycja, a „Rings of Saturn” początkowo zwraca uwagę jako coś, co mógłby nagrać jakiś raper-sztubak (tylko ten pełen bólu głos…), to już przy „Girl in amber” (zdradzę tajemnicę: utwór roku) nie można nie poczuć się autentycznie poruszonym, właściwie wstrząśniętym, rozbitym. I to od pierwszego dźwięku. A jak nie od pierwszego dźwięku, to od chwili wejścia wokalu. A jak nie od chwili wejścia wokalu, to od refrenu. A jak nie od refrenu, to… podziwiam. I współczuję. „Magneto” zawiera ten sam ładunek emocji, który przy fenomenalnej kulminacji w postaci wersu „it was the year I officially became the bride of Jesus” eksploduje, nie eksplodując. I znów refren (ten refren…), który żelaznym uściskiem chwyta za gardło, a nieśmiały uśmiech przy lekko żartobliwym „and one more time with feeling” (nawiasem mówiąc „One more time with feeling” to tytuł towarzyszącemu płycie dokumentu – niestety nie oglądałem) pojawia się tylko za pierwszym razem. I tak upływa pierwsza, spokenwordowa część, na ambientowych/drone’owych plamach. I mogę zacząć inną wyliczanką. W kolejnym utworze („Anthrocene”) słyszę Radiohead (może dlatego traktuję go jako chwilę na złapanie oddechu, a właściwie tchu). Naturalnie kojarzy mi się seria „American Recordings” Johnny’ego Casha,  koncertowe nagrania Townesa Van Zandta z ostatnich lat życia, „Blackstar” Davida Bowie, pośrednio wspomniana wcześniej płyta „The Boatman’s Call” samego Cave’a, może „Electro-Shock Blues” Eels… Odnoszę wrażenie, że o stu innych artystach zapomniałem, ale trudno. Tych ambientowych wyliczać nie ma co.

Całość jest bardzo oszczędna, z czasem także w słowach, zmierza ku ciszy. I to taka cisza, jakiej być może nie słyszałem nigdy wcześniej. Nastroju końcowych utworów, od „I need you” do finałowego „Skeleton tree”, nie pozwala się nazwać, choćby zupełnie ułomnie. Gdybym usłyszał na przykład utwór tytułowy w radiu, w środku dnia, tobym pomyślał, że ktoś upadł na głowę. Paradoksalnie, tę płytę powinno się przemilczeć. Trudno mi sobie wyobrazić jej promowanie (a koncerty to już w ogóle), sam bym nikomu nie puścił żadnego z utworów, mówiąc „posłuchaj, warto”. W milczeniu też nie.

Użyłem kiedyś w swoim grafomańskim smęcie sformułowania „nagi do ścięgien”. Zamykając rozważania egotyczną klamrą, mogę zauważyć, że z taką sytuacją mamy do czynienia w przypadku „Skeleton Tree”. Jest to przykry widok, bardzo przykry, ale należy to rozumieć inaczej niż przyjęło się rozumieć. Tak samo jak to, że ta muzyka boli. Bardzo boli. To, co usłyszałem, przerosło moje oczekiwania. Do „Skeleton Tree” pasuje jedno słowo: przeżycie. Najgorsze jest to, co trzeba przeżyć samemu, by móc potem być zdolnym wypowiadać się w ten sposób.

Wyciszenie i krzyk. Zgoda i niemożność pogodzenia się. Wiara, miłość i brak nadziei. Brak w ogóle. Brak słów. Brak.

Jedyne, co mogę oddać „w zamian”, to szacunek, współczucie i zachwyt.

Porażająca płyta.

Gdybym pisząc, miał z tyłu głowy zakodowane, by wrzucać na blog tylko takie teksty, które mają szanse uzyskać co najmniej trzycyfrową liczbę wyświetleń, tobym poświęcał uwagę jedynie tym płytom, które ukazały się w ciągu ostatniego tygodnia (najlepiej polskim, nagranym przez popularnych artystów). Ale skoro tak nie jest, a poza tym chcę zachować pewną regularność, to…

Lush – Blind Spot (ep)
lush
Cóż, Slowdive to to nie jest… Nie wiem, co napisać, bo muzyka mi się podobała, ale jakiejś pani przyszło do głowy śpiewać, trochę mnie to podirytowało, wskutek czego mimowolnie przestałem zwracać uwagę na to, co słyszę. A jak się „włączałem”, to… Nie wiem, co napisać, bo muzyka mi się podobała, ale jakiejś pani przyszło do głowy śpiewać, trochę mnie to podirytowało, wskutek czego…

Cóż, Slowdive to to nie jest. Z całą pewnością.

Massive Attack – Ritual Spirit (ep)
massive-attack
Jeśli trip hop, to „Perdition City”, właściwie tylko „Perdition City”, ale to podobna sytuacja do tej, że moją ulubioną płytą deathmetalową jest „Hell Awaits”. Z Massive Attack próbowałem się polubić, a może tylko się próbowałem, (a) i tym razem na nic to. To nic. Pierwszy utwór „Dead editors”) jest w porządku, drugi („Ritual spirit”), lepszy, byłby jeszcze lepszy, gdyby nie wokale, jakiekolwiek wokale, trzeciego („Voodoo in my blood”) mogłoby nie być, o czwartym („Take it there”) można powiedzieć tyle, że jest. W każdym razie, wolę po raz kolejny włączyć „Ritual Spirit” niż odświeżać zbierającą kurz „Mezzanine” (pytanie do siebie: przebrnąłem kiedykolwiek za jednym podejściem przez całość?), co można odczytać jako kolejny w tej krótkiej notce żart. Podsumowując: mała, ale mimo wszystko niespodzianka. Pozytywna.

Subrosa – For This We Fought the Battle of Ages
subrosa
Doommetalowy zespół z panią za mikrofonem, czego nie należy traktować jako ciekawostkę, żeby nie być seksistą, ale fakt faktem, że nie jest to znowu takie częste. Chwilami odnoszę wrażenie, że słucham Björk, która postanowiła zrobić coś zupełnie innego niż do tej pory, przy tym pozostając incognito. Przyznaję, że całość ma klimat, melodie bywają zwiewne i ładne (szczególnie w drugiej części płyty), ale z takich klimatów nic nie może się równać ze Skumring. Niemniej jednak posłuchać warto.

wędrowcy~tułacze~zbiegi

Tylko krowa nie zmienia poglądów – mawiała jedna z moich nauczycielek. Nie wiem, czy zmieniła zdanie, ale tamto było niewątpliwie jednym z jej ulubionych. Może to wewnętrzny hipster, może przekora albo swego rodzaju egoizm, ale gdy ktoś, kogo gust wydaje mi się dyskusyjny, albo nie jest nam ze sobą po drodze, zaczyna wykazywać zainteresowanie muzyką, która mi się podoba, zmieniam osąd na surowszy, staję się nieufny, przyznaję przed samym sobą do błędnej oceny. Dlatego epka Wędrowców~Tułaczy~Zbiegów nie jawi mi się jako sympatyczna ciekawostka, a raczej ludyczny potworek, zwid i w rankingu ustępuje miejsca materiałom Duszę Wypuścił. Ale do lektury nowej płyty przystępuję bez uprzedzeń.

„Do lektury”, bo osobną uwagę – i to w pierwszej kolejności – poświęciłem tekstom, o czym krótko za chwilę. Od pierwszych sekund jest dobrze, bo słychać, że zespół opuścił zaadaptowany chwilowo na salę balową lokal pod Zawierciem, więc nie ma plastikowych szabelek, doklejanych wąsów i podpitych diabłów z krepiny, przystawiających się do rumianych panien w wiankach i lekkich sukienkach za kolana, więc Katowice wpisane w rubryce „location” na Metal Archives są jak najbardziej na miejscu. Mimo to muzyka jest jeszcze bardziej polska, tylko zamiast zderzenia z tym, co sztuczne, z widzianym w krzywym zwierciadle folklorem,  mamy to, co rzeczywiste. Nadzieję. Czekanie. Przeczucie. Półmrok wąskich przejść między blokami, odór uczęszczanych przez pijaczków, odrapanych klatek schodowych, ciasnotę rozklekotanych, telepiących się wind. A gdzieś: jeziora, góry. Słońce.

Nie wyczytałem tego w linijkach tekstów, bo na nie najlepiej nie zwracać uwagi. Nie bacznej. Nie doszukiwać się czegokolwiek, nie analizować. Są nieładne, bo takie mają być. I tyle. Dlatego nie czepiam się fiksacji na temat wieszania, charakterystycznej dla poetyki tfu!rczości spaczonych indywiduów, potknięć technicznych (proszę sobie wstawić w „Brzuch[u] ziemi” wersy z „Knajpy morderców” Stanisława Staszewskiego, by usłyszeć, jak być powinno) i tego, że tacy z nich poeci jak ze mnie i większości z nas.

Większość utworów zmierza do kulminacji. Czasem „zmierza” to nieodpowiednie słowo. Drepcze. Pierwszy utwór – jakby dla zmyłki – nie rozkręca się przez połowę czasu trwania, choć i tak w pełnej krasie objawia się dopiero w finale. I to chyba ten fragment, fragmencik właściwie, robi największe wrażenie w całym materiale. Czasem ma być hipnotycznie, transowo („Kanonady ducha grzmot (I)”, „Niebo nie czernieje”), niekiedy zabrzmi trąbka, czasem klawisz (może zbyt rzadko?), żeby post-punk nie był zbyt postny, ale pierwsze skrzypce grają wokale. I one zasługują na największe uznanie, choć nie pokusiłbym się o stwierdzenie, że którykolwiek z panów umie śpiewać. Nie wskażę stu przykładów. Wystarczy włączyć sobie refren (?) „Przebijacza gór”.

Wielu tu tropów, śladów, znajomych terytoriów. W „Wędrcu” słyszę pewien temat z „Bandyty” Michała Lorenca (to znaczy muzyka jest Lorenca, film reżyserował Maciej Dejczer), ale to najpewniej czysty przypadek, „Grzmot! grzmot! ducha grzmot (II)” (prawdziwy hit!) brzmi jak skrzyżowanie Klausa Mitffocha i Variété (wyłączywszy tekst), czasem pobrzmiewają echa Armii z okresu „Triodante” (!!), a ogólnie zastanawiam się, czy w alternatywnej rzeczywistości podobnego kształtu nie mogłaby mieć pierwsza (albo lepiej: druga!) płyta Kultu (włączywszy teksty). Bo że można było coś takiego trzydzieści lat wcześniej, nie mam wątpliwości.

Mam nadzieję, że nikt, nikt istotny, nie zepsuje mi przyjemności słuchania tej płyty (link) swoją pozytywną opinią. W końcu… jest mi wszystko jedno, co myśli. W końcu.

Po raz kolejny skupimy się na polskiej muzyce, by wyłuskać, wybrać i wskazać to, czemu warto poświęcić chwilę, a co mogłoby pozostać ukryte przed wzrokiem osób potencjalnie zainteresowanych.

Gołębie – Dachy (ep) (noise rock) (2016) (7/10)
gołębie
Najpierw Złota Jesień, potem Sierść, teraz Gołębie… No, Gołębie były parę dni przed Sierścią, więc to tylko moja opieszałość… Jedna trzecia składu, w osobie Jakuba Lemiszewskiego, się powtarza, ale o nudzie czy powtarzalności w samej muzyce nie ma mowy. Wprawdzie to znowu hałas, ale naprawdę dobry i nie zdziwię się, jak o samym zespole niedługo będzie głośno. Jeden jedyny utwór, wewnętrznie podzielony na trzy (trzy utwory złączone w jeden?), który wypełnia „Dachy”, jednocześnie satysfakcjonuje i daje nadzieję na coś więcej.

POBIERZ (Bandcamp)

Kropki – Kropki EP (post-rock) (2013) (7/10)
kropki
Dobrze wybrać otwieracz to pewna sztuka. „Menhir” od razu mnie ujął. Brzmi jak – powiedzmy, że hipotetyczny – utwór Sigur Rós, który bardzo lubię, a i z nimi, i ogólnie z post-rockiem jest u mnie tak, że albo trafi, i to momentalnie, albo okazuje się graniem dla samego grania. Na szczęście na epce Kropek nie mamy z tym przykrym zjawiskiem do czynienia, bo nawet jeśli w środku zespół łapie zadyszkę i robi się mniej ekscytująco (może dlatego, że mimo wszystko wolę Islandczyków niż Radiohead), to są to przynajmniej piosenki, a piosenek zawsze można bez bólu posłuchać. I wystarczyło sił na finisz w postaci „War”. Może nie sprinterski, ale zawsze. Dobra epka, a jeśli spojrzeć na nią jako polskie zjawisko – wręcz diamencik.

POBIERZ (Bandcamp)

poj.wlkp – Pokój w deszczu (folk / singer-songwriter) (2004) (8/10)
poj.wlkp
Późny sierpień. Wczesny wieczór. Spacerowa aleja. Za plecami wijąca się w górę, po lekkim łuku, nitka ulicy, ogródki działkowe, łąki. Dopala się lont horyzontu. Co rusz odwracam głowę, jakbym sam podłożył ogień. Przebłysk wczesnej wiosny, bezmyślne wypalanie traw, łuna marcowa. Gdy przenikam, obok nieśmiało zielonego pagórka, który okala parking samochodowy, szarą tkankę osiedla, i niebo szarzeje, stygnie. Z naprzeciwka – jasność, dziewczyna. W krok za swoim towarzyszem, półtora kroku z tyłu. Zanim skręci, po schodkach, w kierunku sklepu, (na)zwanym pawilonem spożywczym, podniesie wzrok, pośle łagodny, pełen serdeczności uśmiech, rozpoznawszy znajomą sylwetkę; rozjaśni oblicze, na które spłynie trochę jej światła, i pójdzie dalej. Mijając paręnaście sekund później, po raz kolejny, imienne wyznanie miłości, spisane w blokowej bramie, po raz pierwszy pomyślę, czy to do niej, dla niej, i przyznam, że nie zdziwię się, jeśli tak. Napis zniknął, miesiące temu, ale wrócił, zalśnił, w odbitym blasku Miesiąca, w pełni, bo i pełnię zawiera. Docieram do skweru, zatarłszy wczorajsze ślady. Przymykają się powieki, rany. Włączam „Żółty dom”. To, co rzeczywiste, konstytuuje się w nadrealności. To, co gaśnie, nasyca się, pulsuje; to, co paliło – ogrzewa. – Dobrze, że nie spytała o wiersze – westchnąłem. – Jak dobrze – dodaję; z ulgą.

———-

Tak brzmiałaby wspólna płyta Księżyca i Za Siódmą Górą.

POBIERZ (Bandcamp)

Britney Spears – Glory
britney spears

Ciekawy fakt: to pierwsza płyta Britney Spears, jaką przesłuchałem. Mam sentyment do jej wczesnych nagrań, z przełomu wieku, choć podejrzewam, że muzycznie nie bronią się wcale – tak jak nie broniły się przed kilkunastoma laty. No ale sam tego obiektywnie nie ocenię. W ogóle tego nie ocenię. Wiem tylko, że na „Glory” to już siłą rzeczy nie to samo. To dobrze i źle. Albo ani dobrze, ani źle. Prawdę mówiąc, właściwie gdzieś tak w 2003 to już nie było to samo (choć jej najlepszy singiel, bo tylko do nich mogę się odnieść, to zapewne „Everytime”, z 2003 właśnie), a co dopiero później, teraz… Nie przejmowałem się tym, bo pierwszy utwór („Invitation” – kapitalny; jakim cudem nie poszedł na singiel, mimo że płytę promowały do tej pory aż cztery utwory?) narobił nadziei, i smaku, aż byłem zdziwiony, niestety dalej jest już tylko gorzej (ale trzeba przyznać, że przynajmniej dość równo, choć takie „Slumber party” czy „What you need” trudno zdzierżyć, ogólnie pod koniec robi się męcząco). I tylko zastanawia mnie, jakimi efektami są traktowane wokale Britney, nie od dziś (by je – jak podejrzewam – uratować), że w rezultacie stają się niemal całkowicie odhumanizowanymi. Cóż, to pop dla milionowej publiki, a więc produkt, nic więcej. Nie ma (o) co się gniewać.

Carly Rae Jepsen – E·MO·TION Side B (ep)
carly rae jepsen

Nie lubię jej. No nie lubię i już. Zagnieździła mi się w głowie przez „Call me maybe” (bo przecież nie „dzięki”) i jeśli nagle przyszło pani Jepsen do głowy wyrastać ponad całe tabuny mainstreamowych wokalistek, to sorry, ale trochę za późno. Chyba. Mam problem z tą epką, bo podkłady bywają kapitalne („Higher”!), w ogóle piosenki są naprawdę, rzekłbym, eleganckie, na teksty można przymknąć oko i ucho, ale zostaje „problem” z naszą Carly, która może źle nie śpiewa, bo nie śpiewa źle, ale… to ona. I w tle słyszy się tamten nieszczęsny singiel, jakby to były wariacje na jego temat, naturalnie o wiele lepsze od pierwotnej wersji, i całość nie podoba się tak, jak się wydaje, że podobać się powinna. Innymi słowy, przyjemność płynąca ze słuchania muzyki wydaje się nieproporcjonalna od jej jakości. Ale to nadal dobra epka. I jeśli to są odrzuty z ubiegłorocznej pełnej płyty (po którą nie sięgnąłem), to mimo wszystko robi to wrażenie. Warto posłuchać – przynajmniej póki lato.

LSD and the Search For God – Heaven Is a Place (ep)
lsd and the search for god

Ostatnio wyzłośliwiałem się, pisząc o płycie Tides From Nebula, że to granie tego, co już wielokrotnie można było usłyszeć, a dziś, w przypadku LSD and the Search For God, to samo poczytuję za zaletę. Nie mam rozdwojenia jaźni i nie jest tak, że sam się ze sobą nie zgadzam (a przynajmniej nie tym razem) – po prostu nie istnieje przymus kombinowania, przecierania szlaków, nowatorstwa. Koniec końców, najważniejsze jest to, by muzyka była na poziomie. I tu jest. Ot, shoegaze – ktoś mógłby powiedzieć. I dodać, że anachroniczny. Ale jaki urokliwy, jakże melodyjny i rozmarzony…

Sierść – It’s Easy (2016)

Posted: Sierpień 28, 2016 in Muzyka
Tags: ,

sierść

Nadal nie polubiłem pisania wstępów – ani nie nabrałem w tym wprawy – więc na początek garść informacji. Warszawski zespół Sierść gra black metal (koniec informacji). Oczywiście ktoś, kto traktuje ten termin z zupełnie niepotrzebną powagą, zawierając w nim „wartości” i „idee” pozamuzyczne, będzie się obruszał i nigdy na to ni nie przystanie, bo „hype”, „hipsterstwo” i coś-tam-coś-tam, ale nie o tym chciałem napisać, a wprowadzenie jest już wystarczająco długie.

Trochę to dziwne, bo mamy do czynienia z graniem… po bożemu. Jak trzeba, to przyśpieszą, jak trzeba, to zwolnią, złowieszcza atmosfera, trochę w duchu nowych kapel z Islandii (choć to skojarzenie jest tylko skojarzeniem), jest wyczuwalna. Oczywiście ktoś, o kim mowa w pierwszym akapicie, spojrzy na okładkę i nie będzie dyskusji, choć powiedziałbym, że jest prawie jak ta z „Esperalem tkane” Odrazy, tylko lepsza. I muzyka lepsza.

W ogóle ciekawa sprawa z tą płytą, bo ubiegłoroczną „Sierść Sierść Sierść” oczywiście znam, a „It’s Easy” brzmi tak, że gdyby zmienić wokale na „normalne” (już nie są „japońskie” – jak wtedy – ale nadal pozostają osobliwe, nawet w obrębie gatunku), zarysować choćby szkielet kompozycji, kontur, zasygnalizować piosenkowość, pokusić się o napisanie jakichś zalążków tekstów, może delikatnie „ocieplić” brzmienie, toby wyszła Złota Jesień. Mimo że na debiucie też było sporo… hałasu, tam czegoś podobnego nie wyłapałem. Wprawdzie wyliczanka jest długa, więc może się wydawać, że to tak, jakby powiedzieć, że gdyby w słowie „bóg” kilka liter dodać, kilka zmienić, kilka przestawić, to wyjdzie „diabeł”, ale to nie tak, bo podobieństwo łatwo wychwycić. Naturalnie trudno rozpatrywać to jako wadę, skoro Złota Jesień jest git. Ta – powiedzmy – prawdziwa, powoli nadchodząca, również.

Skoro już w myślach pojawiają się ozłocone korony drzew, płonące liście, które stygną na wietrze, to śpieszę donieść, że na nowej płycie Sierści lasu oczywiście nie ma, mimo że jeden z utworów nosi tytuł „W lesie” (jednakże uczciwie przyznaję, że dawno, oj dawno tam nie byłem, więc nie wiem, nie jestem zorientowany, może coś się zmieniło), ale mamy rok dwa tysiące szesnasty, a nie tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty pierwszy. Dlatego można się co najwyżej pogniewać na kalendarz.

Ten sam, w którym odnotuję sobie „It’s Easy” jako jedną z najciekawszych polskich płyt ostatnich – jak na razie ośmiu – miesięcy.

Jeśli ktoś chciałby posłuchać, to myślę, że nikt się nie pogniewa – proszę.